Zdrowia nie można urynkowić

Jak się to przejawia?

Jeszcze niedawno najdroższe zabiegi, np. przeszczepy, były refundowane z budżetu resortu zdrowia. Obecnie koszty ponoszą placówki publicznej służby zdrowia, czyli ostatecznie obywatele-pacjenci. Kolejnym ich obciążeniem są rozwiązania nowej ustawy o refundacji leków. One nie tylko ograniczą dostęp do wielu ważnych i innowacyjnych środków leczniczych, ale przede wszystkim spowodują wzrost współpłacenia za leki. A już teraz polscy pacjenci płacą za nie najwięcej w Europie.

W Polsce dość często pojawia się koncepcja, że dla uzdrowienia służby zdrowia konieczne jest jej urynkowienie. Jak Pan ocenia ten pomysł?

Zbawcze skutki urynkowienia to niebezpieczny mit. Ochrony zdrowia nie można i nie da się urynkowić i w pełni sprywatyzować. Ta dziedzina, nawet jeśli patrzeć od strony ekonomicznej, jest rynkiem innym niż wszystkie pozostałe. To potwierdza się na całym świecie. W relacji pacjent–lekarz nie ma miejsca na popyt i podaż jak na klasycznym rynku. Lekarz wykonuje nie tylko swój zawód, lecz pełni także misję ratowania życia i zdrowia – musi to robić niezależnie od możliwości finansowych chorego. Jednocześnie polska konstytucja zapewnia wszystkim obywatelom równy dostęp do ochrony zdrowia, w dużym stopniu jednak prawo to ograniczają (a czasem wykluczają) mechanizmy wolnego rynku.

Ale leczenie kosztuje – w Polsce jeśli kogoś nie stać na prywatne świadczenia, czeka w kolejce nieraz rok albo dłużej.

Bo u nas rozpanoszyła się patologia. Przy niedoinwestowanych placówkach publicznych powstają nieuczciwe praktyki na styku prywatnej i publicznej służby zdrowia. Lekarze zatrudnieni w ośrodkach publicznych jednocześnie prowadzą prywatne gabinety, co np. w Niemczech jest niedopuszczalne. W Europie o publiczne pieniądze nie mogą ubiegać się placówki prywatne. Tymczasem u nas prywatne szpitale o wąskiej specjalizacji, np. kardiologiczne z mikrozabiegami...
[pozostało do przeczytania 74% tekstu]
Dostęp do artykułów: