Steinbach to zwykła prowokatorka

Na Pomorze też raczej nie przyjechała w odruchu serca, prawda?

Wizyta była przygotowana, a nie spontaniczna. Szeroko komentowały ją niemieckie media. A pani Steinbach pojawiała się, gdzie mogła. Pokazała, że nie jest osobą kulturalną. Bo jeśli ktoś jej nie zaprasza, to nie powinna pchać się drzwiami i oknami. Widać różnicę wobec wizyty prezydenta Niemiec Christiana Wulffa, który przyjechał odwiedzić rodzinne strony. Steinbach to zwykła prowokatorka. Dobrze wiedziała, jakie emocje wzbudzi wśród ofiar II wojny światowej, które alergicznie reagują na jej retorykę. Przecież chodziło tylko o to, by pokazać kontrast pomiędzy kulturalną, starszą panią składającą kwiatki w wybranych miejscach a niegodnie zachowującym się, rozwrzeszczanym tłumem Polaków. Na szczęście to się nie udało. Nasz apel do mediów i organizacji społecznych, by zignorować to wydarzenie, okazał się skuteczny.

Wystarczy podważać prawdę objawioną o znakomitych stosunkach polsko-niemieckich za rządów Tuska, mówić o dysproporcji w traktowaniu mniejszości, nie godzić się na relatywizację katów i ofiar w czasie II wojny – by zasłużyć na miano germanofoba. Jak Pani tłumaczy to zjawisko?

Proszę wziąć pod uwagę, ile niemieckich fundacji politycznych działało i działa w naszym kraju. Wpływowe polskie środowiska kształtowane były według niemieckiego punktu widzenia. Każda z fundacji jest przypisana do konkretnej partii politycznej. Ich działalność w Polsce wiązała się z fundowaniem stypendiów, szkoleń, zatrudnianiem, przyznawaniem nagród. Być może z wdzięczności pewne osoby zapomniały o priorytetach, którymi powinny się kierować w działalności publicznej.

Interes Niemiec pomylił im się z narodowym interesem Polski?

Wolałabym, żeby niektóre osoby były adwokatami polskich interesów, a nie drugiej strony. Niestety, polityczna poprawność to zabija. Ale budując przyjazne stosunki z Niemcami, nie musimy przecież...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: