Urząd ds. upokarzania

Janek miał 21 lat, gdy 16 grudnia 1981 r. na kopalni „Wujek” w Katowicach dostał od zomowców kulę w głowę. Nie zginął od razu. Nieprzytomny trafił do jednego ze szpitali w sąsiedniej miejscowości. Rodziny nie powiadomiono, dokąd odwieziono ciężko rannego, mimo to matka, Janina Stawisińska, odnalazła go po paru dniach. Najęła się na salową, by móc opiekować się synem.

Janek nie przetrzymał postrzału. Zmarł 25 stycznia 1982 r. Pochowano go w rodzinnym Koszalinie, w grobie, na którym nie zamieszczono jego nazwiska. Matka przez 25 lat walczyła o prawdę w sprawie tragedii „Wujka”, jeżdżąc z Koszalina na wszystkie rozprawy w toczących się w Katowicach i Warszawie procesach Kiszczaka i zomowców z plutonu specjalnego. Była symbolem niezłomnej walki o pamięć narodową.

25 lutego Janina Stawisińska otrzymała kuriozalną odpowiedź z Urzędu ds. Kombatantów, że zwrócił się on do prezesa IPN „z prośbą o udzielenie informacji dotyczących podnoszonych przez panią okoliczności śmierci Pani syna Jana Stawisińskiego. Po uzyskaniu odpowiedzi zostanie podjęta decyzja administracyjna w Pani sprawie”.

Odpowiedź jest kuriozalna, bo zgodnie z ustawą Urząd ds. Kombatantów może zwrócić się do IPN, ale nie musi. Może to robić wtedy, gdy ma wątpliwości co do przedstawionych we wniosku faktów. A fakty te – czyli skutki pacyfikacji strajku na „Wujku” – zna cała Polska.

31 marca Urząd ds. Kombatantów poinformował Stawisińską, że rozpatrzenie jej wniosku w terminie przewidzianym przez kodeks postępowania administracyjnego „nie będzie możliwe z uwagi na konieczność uzupełnienia materiału dowodowego” i przesuwał termin do maja. Brzmiące identycznie pismo z przesunięciem terminu do czerwca Stawisińska otrzymała 29 kwietnia.

– Ze względu na długi czas wyjaśniania sprawy przez Urząd ds. Kombatantów mama poprosiła mnie o ustalenie, dlaczego sprawa się tak przeciąga – mówi w rozmowie z „GP” Małgorzata Chaciska, córka Janiny Stawisińskiej i siostra...
[pozostało do przeczytania 21% tekstu]
Dostęp do artykułów: