Znów czarne jest czarne

Jednak już wówczas transfery z obozu kaczyzmu do partii miłości (Sikorski, Mężydło, Borusewicz) nie były wcale przykładami „korupcji politycznej”. Przypomnijmy tylko, że Radosław Sikorski przestał być ministrem w rządzie PiS i przeszedł do PO, by zostać ministrem w jej rządzie, Bogdan Borusewicz, który nie otrzymał od Jarosława Kaczyńskiego obietnicy zostania marszałkiem Senatu (na drodze stanął mu Zbigniew Romaszewski), przeszedł pod skrzydła PO, by właśnie tę funkcję dostać w nagrodę, a Antoni Mężydło przeniósł się do Platformy zirytowany zbyt niskim miejscem jakie zaproponowano mu na liście toruńskiej PiS. Wtedy można było sądzić, że korupcja polityczna występuje w relacji partia rządząca – członek partii współrządzącej lub opozycyjnej. Obecnie już doskonale wiadomo, że termin ten nie dotyczy partii rządzącej i członka partii opozycyjnej, lecz tylko takiej partii rządzącej, która nazywa się PiS. Gdy bowiem Bartosz Arłukowicz w zamian za jedynkę na liście szczecińskiej przeszedł do partii rządzącej, to ani Sekielski, ani Morozowski w swoich rozdzielonych ostatnio propszołach nie odmieniali korupcji politycznej przez wszystkie przypadki. Głupota tego terminu bije po oczach. To tak, jakby transfer piłkarza lub koszykarza z jednego klubu do drugiego nazywać korupcją sportową, a przejście pracownika z jednego zakładu pracy do innego – korupcją pracowniczą. Od zawsze dla określenia takich sytuacji używano słowa „podkupienie”, nie zaś przekupienie. I od zawsze negatywną ocenę bliźnich otrzymywał z reguły podkupowany, a nie podkupujący. Podobnie jest i teraz. Podkupienie Arłukowicza nie kojarzy mi się z korupcją, lecz z zupełnie innym słowem, choć rozpoczynającym się od tej samej litery. I jak mawia codziennie red. Sekielski, nikt mnie nie przekona, że czarne jest białe, a białe jest czarne.
[pozostało do przeczytania -0% tekstu]
Dostęp do artykułów: