Pogłębię rzeki użyźnię grunty - Do powodzian przybył Tusk

Krajobraz po kataklizmie

Potworny smród, sterty zalegających na poboczu śmieci, zniszczone uprawy, domy. I ludzie. Zmęczeni, załamani, próbujący jednocześnie coś odbudować, zacząć od początku. Przeklinający rząd za niewypłacone na czas odszkodowania. Mający żal do dziennikarzy, którzy w czasie powodzi szukali taniej sensacji, kilka miesięcy po – o sprawie zapomnieli. A żyć trzeba.

Taki obraz napotkaliśmy, realizując reportaż na temat powodzian w lipcu ub.r. w Sandomierzu, trzy miesiące po przejściu powodzi. Rok po kataklizmie nie zmieniło się wiele. Owszem – sterty śmieci uprzątnięto, nie przeszkadza już obrzydliwy fetor. Jednak opisany przez nas wówczas dom wciąż jest niezamieszkany. Starszy pan nadal mieszka u córki, a pobliski akademik pełen jest rodzin, które w wyniku żywiołu straciły dach nad głową.

Zmieniła się jedna rzecz – zamiast wściekłości jest zniechęcenie. Przekleństwa zastąpił uśmiech politowania, zamiast żalu jest obojętność. Uderzający jest obraz pól – leżą odłogiem, ziemia nie nadaje się do uprawiania czegokolwiek. Sporo domów z prawobrzeżnego Sandomierza wciąż pozostaje pusta. Wiele nie nadawało się do zamieszkania po przejściu wielkiej fali. Część musiała zostać opuszczona, gdyż... zostały wyremontowane w zbytnim pośpiechu. Wynikał on ze stawianych przez urzędników wymogów. – Osoby, które pobierały odszkodowania w wysokości 20 tys. zł, musiały się spieszyć, gdyż pieniądze przeznaczane na wypłaty pochodziły z rezerwy budżetowej, więc należało je wydać do końca roku – mówi w rozmowie z „Gazetą Polską” Marek Kwitek, poseł Prawa i Sprawiedliwości z Sandomierza. – Po naszej interwencji udało się wydłużyć ten czas do czerwca br., jednak wiele osób o tym nie wiedziało. Domy, które zostały zbyt szybko wyremontowane i nieosuszone przed zimą, uległy dalszym zniszczeniom, pojawiły się w nich pleśń i grzyb – tłumaczy parlamentarzysta.

Kolejna kampania na wałach

...
[pozostało do przeczytania 27% tekstu]
Dostęp do artykułów: