Wybacz nam, Panie Boże

Sobotni wieczór, błonia klasztoru na Jasnej Górze. Słońce już dawno zaszło. Na termometrze zaledwie kilka stopni powyżej zera. Kilkadziesiąt tysięcy Polaków pada na kolana. W zmarzniętych dłoniach trzymają krzyże, różańce i białe świece. W pełnym skupieniu modlą się, przepraszają Boga za grzechy swoje i całego narodu. Za nienawiść, pychę, kłamstwo i nieczystość. I szczególnie – w Dniu Dziecka Utraconego – za aborcję

Bożą Opatrzność w czasie Wielkiej Pokuty czuję na każdym kroku: od znalezionego w ostatniej chwili, tuż przed wyjazdem, transportu z Częstochowy do Warszawy, bez potrzeby tułania się po nocy pociągiem z przesiadką w Łodzi, aż po wstrzymanie deszczu, który spadł dopiero w nocy. Chociaż prognozy pogody przez cały tydzień zapowiadały na sobotę opady, słońce świeciło praktycznie bez przerwy.
Wstajemy z kanap
Gdy docieram na Jasną Górę, jestem zaskoczona frekwencją. Spodziewałam się kilku, może kilkunastu tysięcy osób. Tymczasem – jak szacuje biuro prasowe Jasnej Góry – w Wielkiej Pokucie mogło uczestniczyć ponad 100 tys. pielgrzymów. W tłumie przeważają osoby starsze, ale nie brakuje też ludzi młodych, małżeństw z dziećmi. Są też siostry zakonne. Całe błonia zajęli zaopatrzeni w składane krzesła i stołki pokutnicy. 
Na każdym kroku widać spowiedników i długie kolejki do „konfesjonałów” – chociaż trudno konfesjonałem nazwać plastikowe krzesło ogrodowe.
Początek wydarzenia ma charakter radosny. Na twarzach zebranych widać uśmiechy, podrygują w rytm wesołych melodii. Dają się porwać charyzmatycznym misjonarzom z Brazylii. W pewnym momencie wszyscy, którym pozwala na to stan zdrowia, biorą w ręce swoje siedziska i – zachęcani przez misjonarzy – unoszą je do góry. Duchowni, idąc śladami papieża Franciszka, wzywają wiernych do „wstawania z kanap”. A oni wstają i zaczynają śpiewać.
Modlitwa za publicznie popełniane grzechy
Druga część dnia wygląda nieco inaczej. Jest spokojniej. Podczas uroczystej...
[pozostało do przeczytania 58% tekstu]
Dostęp do artykułów: