Ciężki wybór Ameryki

Kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych wkracza w decydującą fazę. Niedawno sondażownia Ipsos, pytając: „Na kogo zagłosujesz w najbliższych wyborach prezydenckich?”, zrezygnowała z umieszczenia pod nazwiskami kandydatów trzeciej opcji: „na nikogo z powyższych”. Przyczyna? Zbyt wielu respondentów wybierało tę odpowiedź, co według Ipsos podważało wiarygodność sondażowych wyników. Można żartobliwie powiedzieć, że gdyby „nikt z powyższych” postanowił wystartować w wyborach, od razu stałby się faworytem. Opcja mniej wesoła brzmi: nikt z powyższych to Władimir Putin

Według sondażu Pew Research Center, zaledwie 4 na 10 wyborców danej partii jest zadowolonych ze swojego kandydata na prezydenta. Równocześnie aż 41 proc. wyborców twierdzi, że wybór między Clinton i Trumpem jest dla nich wyjątkowo ciężki. 
Istotą tej kampanii jest pewien paradoks. Z jednej strony media, zarówno liberalne, jak i konserwatywne, wciąż narzekają, że podejście obydwu kandydatów jest niepoważne i brak w nim podstawowych i ważnych dla Amerykanów kwestii. Oczywiste jest jednak, że media i polityczny establishment obu partii są częścią problemu, bo obydwie te grupy zachowywały się jak zgraja obrażonych dzieci, uznając, że wyborców bardziej będą interesowały opowieści o tym, jak fatalny wybór przed nimi stoi, i płaczliwe westchnienia o „czasie, który się skończył”, „polityce, której już nie będzie” i politykach i komentatorach, którzy „zawiedli się na demokracji”. 
Konsekwencja tej sytuacji jest logiczna i prosta, ale jednocześnie wszystkich niezwykle dziwi. Elektorat także zawiódł się na demokracji, a przede wszystkim na elitach, które długo uważały, że system jest w ich rękach, a wybory to maszyna losująca, która tylko pozornie jest pusta, bo elity zawsze wiedziały, jakie numerki wyskoczą. Trzeba jednak pamiętać, że w sensie instytucjonalnym demokracja się nie skończyła i ludzie pójdą do wyborów, a ich decyzja będzie miała realny wpływ także na sytuację w...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: