Dzieci miewają dzieci

Almodóvar, artysta prowokator i rzetelny majster, nie jest już cudownym enfant terrible hiszpańskiego kina, ale nadal płata figle lewicowym zwolennikom. Jawny gej, spec od sercowych powikłań prostytutek, maniaków seksualnych, zakonnic, torreadorów, stał się reżyserem kobiet. Twórcą kina dla nich i o nich – samodzielnych, rozkwitających bez wsparcia i inspiracji mężczyzn.

W „Juliecie”, inspirowanej prozą noblistki Alice Munro, reżyser idzie dalej, bo pisarka zwana kanadyjskim Czechowem podszepnęła mu pochwałę konwencjonalnych związków.  Na ekranie spełnia się ona a rebours przez zapis dzikiego seksu, potem miłości rozkwitającej w niebezpiecznym trójkącie, wreszcie konfliktu między kochankami. Jego cień pada na następne pokolenie.
Film rozgrywa się w retrospekcjach, a bohaterkę grają dwie dobrze dobrane aktorki. Przemiana modnej à la lata 80. i ślicznej dziewczyny (Ugarte) w dojrzałą, też piękną kobietę z udręczoną twarzą (Suarez), wyłaniającą się spod ręcznika, którym ta młodsza wycierała włosy, jest doskonałym chwytem wizualnym. Mamy więcej takich atrakcyjnych momentów w obrazie rozgrywającym się we folderowo fotografowanej Hiszpanii.
Współczesna Julieta (Suarez) ma akurat wyjechać z Madrytu do Portugalii, ale spotyka koleżankę zaginionej córki, od dawna niedającej znaku życia. Córka też już ma dziecko, ale wcale nie szuka z matką kontaktu. Julieta zostaje, porzucając swojego mężczyznę (Grandinetti ), w jej wspomnieniach ożywa romans sprzed lat z przystojnym rybakiem Xoanem (Grao), który spotyka się też z rzeźbiarką Avą (Cuesta). Kobiety rywalizują, ambicjonalna kłótnia Juliety z Xoanem doprowadzi do tragedii, potem obie odnajdują wspólnotę w tym nieszczęściu. Ale córka Juliety i Xoana pod wpływem służącej (De Palma) znienawidzi matkę.
Wszystko jest tu piękne – Juliety, morskie pejzaże, sceny miejskie –  i wszystko podszyte fatum wynikłym z namiętności bez zasad. Pochwałę normalnego związku podaje Almodóvar przez...
[pozostało do przeczytania 27% tekstu]
Dostęp do artykułów: