Historia pewnych znajomości

Coraz dalej od Sierpnia 1980 r. Coraz dalej pierwsza Solidarność. Pod kotarą oficjalnej opowieści na ten temat ukrytych jest wiele zapomnianych bohaterek i wielu bohaterów tamtych czasów. Na niepamięci o nich zbudowano potężny gmach jednostronnej i prowałęsowskiej polityki (a)historycznej

Prosta sprawa: przez lata III Rzeczypospolitej półgębkiem mówiono o tym, że nie byłoby pierwotnych struktur Solidarności i sierpniowego zwycięstwa w Stoczni Gdańskiej bez wcześniej powstałej organizacji opozycyjnej znanej jako Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. Owszem, w „Człowieku z żelaza” Wajdy organizacja ta wprost jest wskazana, ale ewolucja mainstreamowej pamięci szła w jedynie słusznym kierunku. „Wałęsa. Człowiek z nadziei” to już kino na potrzeby skrajnego solipsyzmu i wybujałego ego: główny bohater jest właściwie jedyną, poza epizodyczną Henryką Krzywonos, trójmiejsko-historyczną postacią w filmie. Jeżeli skonfrontować fabularny, ale roszczący sobie prawo do biograficznego panawałęsowy panegiryk Wajdy z przenikliwym, historyczno-śledczym kinem dokumentalnym w rodzaju „Solidarność według kobiet” Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego – rzecz uwyraźnia się aż nadto ostro.
Dlaczego tak się stało?
Czy stać się musiało? Wystarczy spojrzeć na ludzi mniej lub bardziej ściśle związanych z WZZ-ami. Byli to m.in. Anna Walentynowicz, Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski. Choć przez dekady PRL i III RP ich drogi schodziły się i rozchodziły, jedno jest pewne: eufemizmem jest stwierdzenie, że od dawna lub bardzo dawna nie dogadują się z Lechem Wałęsą. A przecież to właśnie oni  zagwarantowali mu kontakt z elitą nie tylko trójmiejskiej opozycji. To właśnie WZZ-y były dla niego pierwszymi schodami na piedestał.
Skąd Wałęsa wziął się w WZZ? Wprowadził go tam Krzysztof Wyszkowski. Przyszły prezydent i noblista chciał się przyłączyć do opozycyjnych działań – ale ewidentnie sprawiał wrażenie „kieszonkowego terrorysty”.
„Powstało...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: