Showman, algorytmy, frajerzy, kanciarze

Zakładnik z Wall Street” to kolejny obraz demaskacja jak stary film Stone’a czy świeży obraz Scorsese. Wall Street nie jest ulicą diabła, lecz stała się symbolem strzyżenia jeleni przez cwaniaków. Chodzi np. o bankierską „Chciwość” (tytuł znakomitego filmu Chandora z 2011 r.) i przerzucenie jej kosztów na innych. W myśl wdrażanej tam pułapkowej zasady „Volenti non fit iniuria” dobrano się przecież do naszych frankowiczów, którzy też „sami chcieli”. 

„Zakładnik z Wall Street” nie ma aż takiej mocy jak „Big short”. Film Foster pokazuje medialny cyrk związany z „potworną forsą”. Ludzie podejmują tu decyzje intuicyjnie (irracjonalnie), ulegając sugestiom medialnych szczurołapów. 
Takiego szczurołapa/błazna i zarazem telewizyjnego doradcę milionów gra Clooney. Bankowcy dokonują ryzykownych sztuczek, showman im basuje, krzyżuje role speca z figurą z rewii. Do czasu aż ciułacz nieudacznik, zrujnowany złym doradztwem, wtargnie do studia w kamizelce pełnej trotylu i przystawi mu pistolet do głowy.
Z filmu o kasie robi się też film o machinie telewizji. Czyli mamy tu i służby przeciskające się różnymi tajnymi kanałami z wymierzoną bronią, mamy kamerzystów rejestrujących zagrożenie, mamy szefową studia (Roberts) sterującą zagrożonym showmanem.  Jest między nimi podobna więź jak między Redfordem a Blanchet w „Niewygodnej prawdzie”. 
Jest wreszcie agresor i zarazem ofiara (O’Connell), na przemian groźny, histeryczny, przenikliwy i żałosny.  Służby chcą go zastrzelić. Showman próbuje go mitygować, ratować głowę i sytuację, wreszcie prosi o pomoc widownię. A że telewizja jest wszechmocna, zwłaszcza jeśli zapalić jej ogień pod fotelem, to ludzie poza studiem nie tylko dotrą do kobiety nieszczęśnika, ale sprawdzą w Korei, Islandii, RPA, czy pęknięcie bańki wynikło z błędnego bankowego algorytmu czy jest wynikiem zmowy. 
Kameralny, klaustrofobiczny film opuszcza tu studio i ciasne kanały wentylacyjne, a wychodzi w przestrzeń....
[pozostało do przeczytania 26% tekstu]
Dostęp do artykułów: