Rewolucja maskowana śmiechem

Na śmierć prezydenta Kaczyńskiego
 
Prawdę mając na ustach, a kłamstwo w kieszeni,
będąc zgodni ze stadem, z rozumem w konflikcie,
dzisiaj lekko pobledli i trochę stropieni,
jeśli chcecie coś zrobić, to przynajmniej milczcie!
 
Nie potrzeba łez waszych, komplementów spóźnionych
Waszej czerni, powagi, szkoda słów, nie ma co,
dzisiaj chcemy zapomnieć wszystkie wasze androny,
wasze żarty i kpiny, wylewane przez szkło.
 
Bo pamięta poeta, zapamięta też naród
wasze jady sączone, bez ustanku dzień w dzień.
Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru...
Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień!
 
Od Okęcia przez centrum, tętnicami Warszawy.
Alejami, Miodową i Krakowskim Przedmieściem
jedzie kondukt żałobny, taki skromny, choć krwawy.
A kraj czuje – prezydent znowu jest w swoim mieście.
 
Jego wielkość doceni lud w mądrości zbiorowej.
Nie potrzeba milczenia mącić fałszu mdłą nutą.
Na kolana, łajdaki, sypać popiół na głowę.
Dziś możecie Go uczcić tylko wstydu minutą!



Wolski zadedykował swój wiersz mediom. Najwybitniejszy z dotychczasowych prezydentów III RP, Lech Kaczyński, był w czasie swych krótkich rządów obiektem nieustannego ataku gazet, rozgłośni i stacji telewizyjnych, które zmieniły się w przemysł nienawiści.
Tym wierszem Marcin Wolski wszedł do historii literatury i do historii polskiego etosu lat ostatnich. Jest tak ważny jak „Żeby Polska” Pietrzaka czy „Mury” Kaczmarskiego, a jeszcze wcześniej – Tuwima „Pogrzeb prezydenta Narutowicza”, do którego zresztą nawiązuje – zyskując wzór i dodatkowy, historyczny wymiar. Mówi bowiem nie tylko o tragedii, która się wydarzyła, lecz także o podłości, która wciąż trwa.
Można powiedzieć, że biografia Wolskiego to historia dojrzewania do tego wiersza. A książka „Striptiz nadredaktora” to pamiętnik tegoż dojrzewania, autobiografia...
[pozostało do przeczytania 86% tekstu]
Dostęp do artykułów: