Paraliżujący strach przed uczciwością

W obozie propagandy popłoch na całego. Po szaleństwach ostatnich dni nie podejmuję się przewidywać, jakich jeszcze ataków mogą dokonać dziennikarze mediów postkomunistycznych. Zdaje się, iż każdy stan jest prawdopodobny. Można jednak zadać pytanie: skąd ta niewyobrażalna histeria? Bo przecież nie bierze się ona z obawy, że wybory wygra partia, której się nie lubi. Źródłem szału jest prawdziwy lęk o własny los. Dające samodzielność zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości może (oby tak było) okazać się prawdziwym początkiem końca postkomunizmu w naszym kraju. A wtedy nie polityczne lizusostwo, pseudodziennikarskie ustawki czy wręcz resortowe pochodzenie będą decydowały o tym, kto zrobi karierę, a kto będzie banowany. W dzisiejszym świecie układów polityczno-biznesowo-peerelowskich nie trzeba martwić się o konkurencję, bo decyduje namaszczenie i skuteczne wykonywanie zadań. O sukcesie nie przesądza talent, lecz dyspozycyjność. To wszak kwintesencja postkomunizmu. A ostatnie pokazy szału nie są niczym innym jak próbą dramatycznej obrony świata, w którym w zamian za posłuszeństwo dostawało się bardzo wygodny byt. Bo cóż za geniusz dziennikarski drzemie w takim choćby Lisie? Idę o zakład, iż gdyby Telewizja Publiczna dała takie same warunki Janowi Pospieszalskiemu, jakie zabezpiecza naczelnemu „Newsweeka”, ten drugi w ciągu kilku miesięcy przegrałby rywalizację o widza z kretesem. Propagandyści by być na świeczniku, muszą mieć komfort braku konkurencji. Wyborcze zwycięstwo PiS będzie zwiastunem końca tej wygody. Tuzy postkomunistycznych mediów zaciekle atakują to ugrupowanie i jego sympatyków nie dlatego, że boją się jakiejś zemsty, lecz dlatego, iż doskonale zdają sobie sprawę z konsekwencji zdjęcia znad ich głów politycznego parasola. Zdrowa rywalizacja, uczciwa konkurencja to stan, w którym sobie zwyczajnie nie poradzą. Bo po ludzku nie przywykli do świata fair play.
[pozostało do przeczytania -0% tekstu]
Dostęp do artykułów: