Azjatyckie rozczarowanie Putina

Miał być potężny sojusz zdolny rzucić wyzwanie Ameryce. Miały być miliardy dolarów pompowanych w rosyjską gospodarkę. Miał być wielki rynek zbytu dla ropy i gazu, alternatywa dla kierunku europejskiego. Propaganda i dobre chęci nigdy jednak nie wygrają z gospodarczymi mechanizmami. Wystarczyło spowolnienie w Chinach i globalny spadek cen ropy, a oś Moskwa–Pekin nie wygląda już jak atrakcyjne młode małżeństwo z perspektywami

„Jestem przekonany, że wzrost ekonomiczny Chin nie jest zagrożeniem, lecz wyzwaniem, które niesie ze sobą kolosalny potencjał dla współpracy biznesowej; jest szansą, by skierować chiński wiatr w żagle naszej gospodarki” – tak w lutym 2012 r. pisał w jednej z gazet wracający na Kreml Władimir Putin. Nowa kadencja prezydencka była od początku nastawiona na zwrot ku Azji, a dokładniej ku Chinom. To do Pekinu udał się z pierwszą zagraniczną wizytą nowy-stary prezydent Rosji. Minęły trzy lata, Putin znów przyleciał do Pekinu. Ale już w zupełnie innym nastroju. Od poprzedniej wizyty doszło bowiem do aneksji Krymu, nałożenia przez Zachód sankcji na Rosję, gwałtownego spadku cen ropy, coraz poważniejszej zadyszki rosyjskiej gospodarki, ale też – ostatnio – zawirowań w gospodarce chińskiej. A to dla Moskwy jest fatalną informacją.
Ostre hamowanie
Podczas defilady z okazji 70. rocznicy kapitulacji Japonii i zakończenia II wojny światowej na Dalekim Wschodzie 3 września na trybunie honorowej obok Putina siedzieli m.in. sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun, przywódcy Sudanu, Wenezueli i Korei Północnej. Cywilizowany świat zachodni zbojkotował imprezę – z wyjątkiem prezydenta Czech, niepoprawnego rusofila Milosza Zemana. Polskę reprezentowała marszałek sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska (PO). Obecność Putina na defiladzie była ważnym sygnałem propagandowym (i rewanżem za obecność Xi Jinpinga w Moskwie 9 maja), ale najważniejsze z punktu widzenia Moskwy były rozmowy dwustronne – ostentacyjnie serdeczne, ale w sferze...
[pozostało do przeczytania 84% tekstu]
Dostęp do artykułów: