Nikt tutaj nie wraca!

„Lost River”, reżyserski debiut młodego gwiazdora, wygwizdano w tegorocznym Cannes. Tamtejsi krytycy nie zrozumieli filmu, może nie chcieli zrozumieć, więc u nas spłoszony dystrybutor pośpiesznie odstąpił prawa drugiemu. Ale w sieci obraz zbiera pozytywne opinie. 

Naszych widzów urzeka oryginalne wizjonerstwo Goslinga, mitologiczny patos onirycznej opowieści o umarłym mieście, po którym grasuje okrutny człowiek-smok. W mieścinie mają co wieczór miejsce spektakle sadystycznej pornografii, urządzane przez niegodnego króla. Tymczasem na zalanej jeziorem autostradzie czekają przyjazne potwory, a młody, niewinny bohater przygotowuje się do walki, która go na razie przerasta.
Film zainspirowany losami i wyglądem Detroit, onegdajszej stolicy przemysłu samochodowego, zaczyna się jak dokument. Oto zapuszczone rudery porastające bujną roślinnością, ostatni mieszkańcy/uciekinierzy upychają bagaże na ciężarówkach. Zostaje Bones (Caestecker), młody zbieracz miedzianego złomu, jego piękna, nieobecna duchem matka Billy (Hendricks) i sąsiadka Rat (Ronan) – dziewczyna ze szczurem, oraz jej babcia, obłąkana aktorka (Steele). Potem atmosfera przybiera wymiar koszmaru – po mieście krąży samochód sadysty Bully’ego (Smith), który ogłasza, że miasto należy do niego, a bezprawnym zbieraczom złomu obetnie wargi. 
Billy idzie do banku, a tam pracownik Dave (Mendelsohn) zamiast pomóc kobiecie wyjść z pętli kredytu, zatrudnia ją do występu w krwawych widowiskach, gdzie gwiazdą jest Cat (Mendes). Bully zabija szczurka Rat i poluje na Bonesa, który ucieka przez wertepy z torbą pełną miedzi, by trafić na ginącą w jeziorze aleję i tajemnicę ukrytą pod wodą. W ten sposób wkraczamy w klimaty Lyncha czy N.W. Refna. Gosling zagrał u tego drugiego w „Tylko Bóg wybacza” i zapatrzył się w jego metodę. Ale nie ośmiesza siebie ani mistrza, nie robi parodii. Także jego film zbudowany jest z tajemniczych, statycznych, nasyconych emocjami obrazów. Nie wiem, kogo...
[pozostało do przeczytania 18% tekstu]
Dostęp do artykułów: