Tak przemija chwała

Miodowy miesiąc skończył się, kiedy Wałęsa okazał się wobec Tuska równie lojalny jak wobec wszystkich innych w swej karierze, i przyjął pieniądze od Declana Ganleya za wsparcie tworzonej przez niego partii eurosceptycznej. Projekt się wprawdzie nie powiódł, więc zdrada żadnych praktycznych skutków za sobą nie pociągnęła, ale Tusk najwyraźniej zakarbował sobie, że został wystrychnięty na dudka. Z pozoru nic się nie zmieniało, Wałęsa przy każdej okazji wygadywał na Kaczyńskich, nie przejmując się nawet, że jeden z nich już nie żyje, a władza dała Wajdzie pieniądze na film o wielkim wodzu. Ale w sprawie dla siebie prestiżowej dostał Wałęsa prztyczka w nos: to nie on będzie decydował, kto może być szefem tzw. Europejskiego Centrum Solidarności. Wałęsa najpierw wydał z siebie pomruk, potem tupnął, potem ryknął – nic. Na koniec trzasnął drzwiami. I też nic. Okazało się, że jego fochy przestały władzę cokolwiek obchodzić.

Bo i logicznie rzecz biorąc, po co jest jeszcze Tuskowi potrzebny? Z Wałęsą czy bez poparcie sondażowe dla PO nie zmieni się ani o pół punktu. Pogniewa się na Platformę – to co niby zrobi? Do SLD nie pójdzie, do PiS tym bardziej, bo nikt go tam nie potrzebuje.

Gdyby były prezydent zamiast myśleć o swej chwale, zachowywał się uczciwie, to by tę chwałę zachował. Ale wolał być drobnym cwaniaczkiem. I wbrew frazesom o „miejscu w historii” takim już zostanie.

www.rafalziemkiewicz.salon24.pl
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: