Gorzki chleb u Niemca

Rewizje osobiste, wyzwiska, oskarżenia o złodziejstwo, publiczne poniżanie – skazani na poszukiwanie pracy po drugiej stronie granicy mieszkańcy Słubic, Zgorzelca i okolicznych wiosek skarżą się coraz częściej na zachowanie swoich niemieckich pracodawców. – Czasami mam wrażenie, jakbyśmy się cofnęli o jakieś kilkanaście, a może nawet 100 lat – mówi „Gazecie Polskiej” Katarzyna ze Zgorzelca, pracująca w niemieckiej fabryce obuwia w Görlitz

– Traktują Polaków z góry, bo wiedzą, że większość mieszkańców z przygranicza nie ma wyjścia i musi pracować u nich. Po niemieckiej stronie miesięcznie można zarobić ok. 1000 euro. Dla Niemców to żadne pieniądze, dla nas – bardzo dużo. U nas można dostać pracę, ale za 1500 zł, z tego nie utrzymasz rodziny – mówi trzydziestoparoletnia Ewa, pedagog, zatrudniona w ośrodku pomocy społecznej w Zgorzelcu. Od wielu lat mieszkańcy Zgorzelca pracują w przygranicznych niemieckich miastach. Opiekują się starszymi ludźmi, podejmują pracę w restauracjach, przy zbiorze owoców i warzyw. Zarobki są różne, ale zawsze lepsze niż po polskiej stronie. Całe rodziny utrzymują się więc siłą rzeczy z pracy „u Niemca”. W Görlitz jedną z najlepiej płatnych była zawsze praca w kostnicy. Rekompensatą za specyficzny zapach, który ciągnął się za pracownikami jeszcze długo po powrocie na polską stronę, były wysokie zarobki w euro.
Po 1 maja 2011 r., kiedy Niemcy całkowicie otworzyli swój rynek pracy dla Polaków, tamtejsi przedsiębiorcy uruchomili kilkanaście fabryk nastawionych na zatrudnianie właśnie naszych rodaków. W sieci można znaleźć setki ogłoszeń o zatrudnieniu we wschodnich Niemczech. Niepokój budzą jednak informacje pod ogłoszeniami, że praca „nie należy do najprzyjemniejszych”.
Jest coraz gorzej
– Jeszcze kilka lat temu podczas wakacji często pracowałam w Görlitz. A to sobie uzbierałam na kuchenkę, a to jakieś dodatkowe pieniądze na wakacje wpadły. Jak trafiłam na sympatycznych staruszków, to dni szybko...
[pozostało do przeczytania 61% tekstu]
Dostęp do artykułów: