Kłamstwem w polskich pilotów

Przez media przetoczyła się nowa fala ataków na polską załogę Tu-154. Zarzuca się jej, że nie miała wystarczających umiejętności i uprawnień do lotu do Smoleńska. – To propagandowe kłamstwo – mówią „Gazecie Polskiej” doświadczeni wojskowi nawigatorzy kmdr Wiesław Chrzanowski i kmdr Kazimierz Grono

Według telewizji TVN24, która „dotarła” do dokumentów prokuratury wojskowej, załoga Tu-154 nie powinna być dopuszczona do lotu w dniu 10 kwietnia 2010 r., a piloci byli fatalnie wyszkoleni. Co najważniejsze – jak mogliśmy przeczytać na portalu Gazeta.pl – kpt Protasiuk „nie odbył ćwiczeń z lądowania przy wykorzystaniu nieprecyzyjnych urządzeń – a właśnie taka sytuacja miała miejsce pod Smoleńskiem”. 
Stwierdzenia te to zresztą żadna nowość – o tym, że załoga tupolewa (oprócz technika pokładowego) nie miała rzekomo 10 kwietnia 2010 r. ważnych uprawnień do wykonywania lotów na Tu-154M, pisała już w 2011 r. komisja Millera w swoim raporcie.
To było podejście precyzyjne
Prokuratura – a za nią mainstreamowe media – od dłuższego czasu powtarzają przy tym jak mantrę, że podchodzenie do lądowania w Smoleńsku przez załogę Tu-154 odbywało się w systemie nieprecyzyjnym (przy takim podejściu – trudniejszym od precyzyjnego – odpowiedzialność za wszelkie błędy spoczywa na pilotach). 
Takimi twierdzeniami zdumieni są wojskowi nawigatorzy kmdr Wiesław Chrzanowski i kmdr Kazimierz Grono – wieloletni wykładowcy szkoły w Dęblinie. – Podczas podejścia nieprecyzyjnego załoga wykorzystuje wyłącznie dwie radiolatarnie, bliższą i dalszą, oraz reflektory APM. Tymczasem w Smoleńsku piloci ściśle współpracowali z wieżą, która każdorazowo wydawała im zgodę na zniżanie, na wykonywanie zakrętów oraz na wejście na kurs i ścieżkę lądowania. Załoga „kwitowała” też podawane przez kontrolerów odległości, podając wysokość, na której się znajduje. Na stenogramach z wieży, opublikowanych przez komisję Millera, a potem Instytut Ekspertyz Sądowych, z ust...
[pozostało do przeczytania 62% tekstu]
Dostęp do artykułów: