Gry prostaczków z kamienicy

Królikiewicz nie robi miłego kina. Woli wbijać widzom haki w mózg i zawieszać na nich koszmarne obrazy. Dobrze pamiętam jego parę upokorzonych i dumnych morderców z „Na wylot”, z którymi jako młody krytyk nie mogłem sobie poradzić. Albo bezwstydne błazeństwa figur z „Wiecznych pretensji” czy szarpiącego się na socjalnej i politycznej smyczy „Tańczącego jastrzębia”.

W „Pretensjach…” zdumiewały słowotoki bohatera, grał go krytyk, filozof, potężny i witalny Andrzej Lipiński. Dziś wychudzony, skupiony wraca w „Sąsiadach” jako surrealna postać Noblisty – chirurga cudotwórcy i pajaca, okrutnika i kanciarza. Jest to  aktorstwo porażające i nośne. Lipiński nie parodiuje jednego medycznego dygnitarza, daje esencję bezczelności całej kasty.   
Film powstał na podstawie opowiadanek Adriana Markowskiego. To proza absurdu dla smakoszy, autor notuje, raczej kreuje tiki, gesty, gry prostaczków w kamienicy, w której wszyscy mają się na widoku. Język jest tu do bólu oszczędny, świadomość zredukowana. Jedni drugim zazdroszczą, powtarzają gesty dające towarzyski sukces, biją żony na pokaz, chodzą do kościoła, oglądają u sąsiadów telewizję, powtarzają plotki, wróżby i przestrogi. Marzą, grają kogoś, kim nie są, i wykonują gesty absurdalne, np. sypanie węgla sąsiadom na głowę.
Królikiewicz w przestrzeni paru łódzkich ruder buduje z tego kosmos i przypowieść o społeczności. Postaci rysowane kreseczką ożywają jako barwne figury z koszmaru i zesłani przez los na margines nasi bliźni. A może nie przez los, tylko wybraną świadomie (anty)politykę społeczną. Gdy kochająca żona poddawana jest operacji przeszczepu serca, mężowi okrutnikowi zjawia się wspomniany Noblista. Kończą się wtedy aluzje socjalne, a zaczyna horror. Tyle że wcześniej ów Noblista uroczyście zamykał ostatnią w rejonie przychodnię. Reżyser gra tu na wielu fortepianach.
„Sąsiady” gubią się w knajackich rytuałach, są mali, przesądni, uzależnieni od opinii innych, czyli  ...
[pozostało do przeczytania 27% tekstu]
Dostęp do artykułów: