O sposobie „na podpalacza”

„Kogo jeszcze chce zakuć w kajdanki Jarosław Kaczyński?” – pytał na antenie Jacek Żakowski po tym, jak policja na polecenie Kancelarii Prezydenta zatrzymała dziennikarzy w trakcie wykonywania przez nich ich obowiązków służbowych w siedzibie PKW. 

Żakowski nie od parady dostał własną audycję w Radiu Tok FM, kontrolowanym wspólnie przez „Politykę” i Michnikową Agorę. To zawodnik, który wie, co mówić, gdy w tygodniu przedwyborczym sytuacja obozu III RP staje się skrajnie trudna i należy odbiorcom natychmiast rzucić koło ratunkowe – jasny przekaz do szybkiego powielenia w szerokich rzeszach sfrustrowanych lemingów. Tym razem Żakowski miał komentować protesty, w tym PiS-owskie, w związku z gigantycznymi nieprawidłowościami przy liczeniu głosów w wyborach. 
Pan redaktor usłużnie podrzucił wykładnię: nie jest ważne, że dochodzi właśnie do megamachlojek nad urnami i że protesty to minimum, którego należy oczekiwać od opozycji. Najważniejsze, że to z powodu Kaczyńskiego mamy do czynienia z całym tym zamieszaniem wokół PKW! To przez Kaczyńskiego PKW nie mogła w spokoju „zliczać wyników” (i co z tego, że trochę długo?)! Przekaz Żakowskiego brzmiał: Kaczyński to podpalacz, przed którym należy bronić Polski, bo gdy on wraz z PiS dojdzie do władzy, nikt nie będzie znał dnia ani godziny; nawet dziennikarze mogą trafić na dołek – jak ci zgarnięci w siedzibie PKW. Proste? Jedno zdanie, a jakie wyżyny socjotechniki! To z powodu Kaczyńskiego zakuto w kajdanki relacjonujących wydarzenia w PKW reporterów. 
Przekaz „na podpalacza” nie jest czymś odkrywczym. Żakowski i jego koledzy z wydziału propagandy III RP, jak np. Janina Paradowska, pracują według schematu obowiązującego przynajmniej od roku 1992. Wtedy „podpalaczami” byli premier Jan Olszewski i minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz, którzy usiłowali przeprowadzić deubekizację Polski. Premier i minister mieli być podpalaczami także w sensie dosłownym. Ówczesna prasa informowała o...
[pozostało do przeczytania 12% tekstu]
Dostęp do artykułów: