Jak sfałszowano wybory 2014

Racjonalnie nie da się wytłumaczyć faktu, że wyborcy mieszkający w jednym powiecie oddają 2 proc. głosów nieważnych, a w sąsiednim 40 proc. To ewidentne ślady fałszerstw

Wszyscy zastanawiamy się od dwóch tygodni, co właściwie wydarzyło się podczas wyborów. Dlaczego ich wynik tak rażąco odbiegał od wszystkich sondaży oraz danych o socjologii naszej sceny politycznej? A przede wszystkim, jak mogła powstać tak ogromna różnica pomiędzy wskazaniami wyborców w ankiecie IPSOS w dniu wyborów a ostatecznymi wynikami?
Kiedy miesiąc przed wyborami w tekście „W III RP fałszowano wybory – czy sfałszują je znowu?” („GP” nr 41) opisałem mechanizm sfałszowania wyborów na Mazowszu w 2010 r., trudno było przypuszczać, że technika wypróbowana wówczas w jednym województwie zostanie zastosowana w całym kraju i przyniesie tak daleko idące rezultaty – zniwelowanie, a właściwie odebranie wyraźnego zwycięstwa Prawu i Sprawiedliwości z jednej strony, a uczynienie z PSL partii o niemal równej z PiS i PO sile w samorządach. Bo to właśnie ta metoda – niezależnie od wielu rozmaitych jednostkowych fałszerstw i nadużyć, o których mogliśmy przeczytać, takich jak kupowanie głosów, brak niektórych list w kartach do głosowania czy dosypywanie kart do urn – metodycznie powielona w części komisji wyborczych na terenie całego kraju, zdecydowała o wyniku wyborów. Na czym polega ta może nieskomplikowana, ale jednocześnie tak skuteczna technika wpływania na proces wyborczy?
Najsilniejsza pokusa jest na prowincji
Jedną z metod jest manipulacja pustymi głosami oddanymi jako nieważne. Zacznijmy jednak od podstawowego warunku, jaki musi zostać spełniony, by metoda, którą na cześć mazowieckiego zwycięzcy z 2010 r. można nazwać „efektem Struzika”, mogła przynieść sukces. Warunkiem tym jest obsadzenie lokalnej komisji wyborczej przez miejscową strukturę władzy – sitwę, co najczęściej udaje się w małym miasteczku lub gminie, gdzieś na prowincji, gdzie największym...
[pozostało do przeczytania 75% tekstu]
Dostęp do artykułów: