Trupy w szafie, jeden z dykty

Mam dziwnie mało kłopotów ze „Służbami specjalnymi”. To ciekawy thriller, odsłaniający podszewkę naszego życia politycznego, czyniący wszak chamskie koncesje na rzecz rządzącej opcji. Vega zawiera kontrakt – uchylę kulisy afer, trochę dokuczę, za to z waszego wroga zrobię durnia. Znamienne, że z pierwszego wywiązał się nieźle, z drugiego fatalnie. 

Chodzi o WSI, o wkład służb w dziwne śmierci i wolty ostatniej dekady. Tu Vega wiarygodnie rekonstruuje działania tzw. seryjnego samobójcy w przypadku Andrzeja Leppera, Barbary Blidy czy oficera poćwiartowanego jakoby przez syna. Ale rzecz wisi na gwoździu, w który trudno uwierzyć. Draństwa służb zaczynają się dla Vegi po rozwiązaniu WSI przez ministra Macierewicza. Przedtem to były aniołki, a teraz dezinformujący społeczeństwo mordercy, kierowani przez zawieszonego generała (Machnicki), działający przy pomocy ruskich morderczych chemikaliów, przebrań, samozaciskających się stryczków i na czas wznieconego ognia.
Oto porucznik „Białko” – babochłop (dobra Bołądź) i mścicielka o twardej muskulaturze i złamanym sercu, niczym „Dziewczyna z tatuażem”. Albo płk Bońka (Chabior) – rozczulający, bo chory na raka płk UB od szykanowania księży, który teraz u jednej z ofiar (Grabowski) znajdzie pocieszenie. I trzeci, kpt. Cerat (Zieliński) – sprawdzony w Afganistanie, cierpi, patrząc, jak giną tam jego ujawnieni agenci, a między akcjami sposobi się z żoną do adopcji chłopca z sierocińca. 
Do tego emocjonalnego tła też podchodzi Vega starannie. Zawieszeni agenci borykają się z trudami życia w III RP, ale z ukrycia reperują społeczeństwo – a to szantażując szefa mediów (Frycz), a to zabijając „mordochlapa” z własnych szeregów i wrabiając w morderstwo rodzinę. Jakim cudem wykonując wyroki wewnętrznej mafii, wierzą, że to pro publico bono? Vega nie widzi, że wymowa filmu zaprzecza jego intencjom. Służby, jakie maluje, należało zawiesić, nawet gdyby nie kręciły z Ruskimi. Za to oczernia...
[pozostało do przeczytania 28% tekstu]
Dostęp do artykułów: