Mowa kotów

Mamy teraz tylko jednego kota – kocicę, która nazywa się Szarak. Niekiedy nazywamy ją też Uszatą, ponieważ kiedy pojawiła się u nas dziewięć lat temu, była małą kotką z ogromnymi uszami – w rodzaju takich uszu, jakie mają nietoperze. Szarak jest istnieniem milczącym – trochę reaguje na to, co do niej mówimy, ale nie odpowiada i nie próbuje się z nami porozumieć.

Całkiem inaczej wyglądało to w wypadku kota, który mieszkał z nami przez szesnaście lat, a nazywał się Filek lub Żółtek, a niekiedy Pantalone, ponieważ miał na nogach białe gatki w żółte paski. Filek w latach swojej młodości też był kotem milczącym, natomiast na starość, mając lat dwanaście czy trzynaście, postanowił przemówić – i z kota milczka zrobił się kot gaduła. Wypowiadał się wówczas na różne sposoby – mruczał, jęczał i chrypiał, a najczęściej ryczał jak lew. Gdzieś koło czwartej rano budził mnie ryk lwa – to Filek, zeskoczywszy z parapetu, stał obok mojego tapczanu i ryczał. Znaczenie tego ryku było dla mnie niezrozumiałe, podobnie jak znaczenie jęczenia i chrypienia. Także cel, w jakim Filek przemawiał, pozostawał przede mną ukryty. Tak to wyglądało z mojego punktu widzenia, ale domyślałem się (nie mając pewności), że Filek rycząc, wypowiadał się na jakiś temat – na temat otaczającego go świata albo i na mój temat. Jego porykiwania miały więc zapewne jakiś sens, którego ja nie potrafiłem odczytać. Pozwala to sformułować przypuszczenie, że podobnie musi też być z innymi fenomenami życia. Milczenie jeży i wiewiórek oraz cisów i dzikiego wina pozbawione jest dla mnie (ale niekoniecznie dla tych kawałków życia) jakiegokolwiek znaczenia. Także różne dźwięki, które nieznane mi kawałki życia niekiedy z siebie wydobywają, są dla mnie nieczytelne. To właśnie dlatego moje kilkunastoletnie próby skontaktowania się z istnieniami, które żyją w naszym ogrodzie, zakończyły się niepowodzeniem. Gładziłem korę sosenek, przemawiałem do jeży, nawet do szerszeni i do czarnych os, całowałem...
[pozostało do przeczytania 18% tekstu]
Dostęp do artykułów: