O godność ofiar Katynia

Szczątki ofiar pozostawiono daleko od Polski właśnie po to, by tam nie jeździć. Jest to w interesie Rosjan i najwyraźniej naszych władz. Jaka delegacja rządowa?! Na takiej wycieczce to ktoś musi zarobić, a nie jakieś tam hołdy oddawać. To straszne słowa, ale według mnie dla decydentów w Polsce szczątki naszych pomordowanych ojców to kostny chłam, który na nic już nie zasługuje - Z Witomiłą Wołk-Jezierską, córką zamordowanego w Katyniu porucznika Wincentego Wołka, rozmawia Piotr Ferenc-Chudy

Urodziła się Pani w Rumunii. Jakie okoliczności sprawiły, że właśnie tam?
Urodziłam się 22 stycznia 1940 r. w mieście Targoviste, historycznej stolicy Wołoszczyzny. Stało się tak dlatego, że w ostatnich dniach sierpnia 1939 r., tuż przed wybuchem wojny, moja mama została tam wysłana przez swojego ojca ze względów bezpieczeństwa, była wówczas w piątym miesiącu ciąży. Przed wojną moi rodzice mieszkali w Zambrowie, tam tato był instruktorem w miejscowej szkole podchorążych. Mama wraz z przyjaciółką Krystyną Wiśniewską, również żoną oficera, bodaj ostatnim autobusem wyjechały z Zambrowa do Czyżewa, następnie do Warszawy, a z Warszawy udały się do Przemyśla, gdzie mieszkali rodzice mamy. Dziadek Ferdynand Gancarz był majorem Wojska Polskiego, lekarzem weterynarii, szefem  szpitala dla zwierząt przy 10. Pułku Artylerii Ciężkiej w Przemyślu. Wraz z tym szpitalem i macierzystą jednostką już w pierwszych dniach wojny dostał rozkaz przemieszczania się w kierunku wschodnim. Ponieważ miał do dyspozycji służbowy samochód, zabrał ze sobą rodzinę, tzn. żonę i córki, wśród nich moją mamę i jej młodszą siostrę. Jechali więc na wschód. Dzięki zupełnemu przypadkowi przeżyli, gdyż ze względu na obciążenie wyposażeniem szpitala, którym dowodził dziadek, posuwali się znacznie wolniej niż pododdziały jego pułku. W Rohatyniu mój dziadek skręcił na południe, a jego dowódca płk Jan Bokszczanin w dalszym ciągu maszerował z żołnierzami na wschód, gdzie...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: