O to chodzi, żeby bolało!

„Obietnica” (Kazejak) i „Hardkor Disko” (Skoniecznego) – filmy młodych polskich twórców (choć nie tylko, przy pierwszym była duńska współpraca), które psują humor i otwierają oczy.  Kino nowoczesne, dobrze zagrane, ale wyjęte z tła. Opowiedziane po europejsku. Na ekranie okrutne jednostki bez zakorzenienia w historii, obyczaju, religii. Nic ich nie ogranicza, stąd trupy.

„Obietnicę” skrojono bardziej na ludzką miarę. Zdradzona uczennica Lila (Rycembel) staje się mściwą lady Makbet. Groźbą i obietnicą wymusza na chłopaku straszny dowód skruchy. Wykorzystanie elektroniki do wywarcia presji jest tu podobne jak w „Sali samobójców”. Ale w obu filmach nie chodzi o demoralizację młodych przez media, lecz o to, jak media zastępują rodzinę. Oferują zastępcze ciepło, oparcie, ułudę kontroli. Nie daje tego Lili matka (Popławska), żyjąca z kochankiem (Ogrodnik) ani ojciec (Chyra), który ma w Danii nowe stadło. W finale sceny zupełnej bezradności starych wobec losów młodych – owszem, wyglądają żałośnie, ale i śmieszą.
Mniej tego w „Hardkor Disko”, w finezyjnym formalnie obrazie twórcy teledysków. Jego Marcin (znakomity Kowalczyk), posępny anarchista z głową pełną burzycielskich wizji, dokonuje inwazji na artystyczną rodzinę. Uwodzi córkę (Polak), dociera do jej wyluzowanych rodziców (Wosińska i Chabior). Najpierw młodzi zażyją rokoszy nocnego życia bez trzymanki i hamulców, potem wszyscy zapłacą za otwartość. Przypomina się holenderski „Borgman”, o którym pisałem niedawno, ale nie o to chodzi. Dziewczyna wyzna Marcinowi, że życie całe szukała kogoś takiego jak on. Nawet nie wie, że bliska jest prawdy.
I Lila, i Marcin pozostają w konflikcie ze światem. Przedtem zostali zranieni, odarci z nadziei. Ich racje są nie do przyjęcia, ale pozostają zrozumiałe. Na ekranie nie ma wojny, dobro przegrało, rozstrzygają impulsy, odruchy, tropizmy. Brak powodów, dla których miałoby być inaczej. To świat po cichym kataklizmie, który wypłukał ludziom...
[pozostało do przeczytania 28% tekstu]
Dostęp do artykułów: