Alchemia słowa

Rymkiewicz po mistrzowsku odtwarza klimat, barwę i napięcia tamtych czasów, emigracyjne „potępieńcze swary”, spory rywalizujących wieszczów, bezdroża mistycyzmu

Kiedy czytam Jarosława Marka Rymkiewicza, nie potrafię pozbyć się wrażenia, że obcuję z magią. Nie wiem, jak On to robi. Jak sprawia, że powtarzające się zdania i zwroty, w których jest coś z refrenów pieśni i natarczywych myśli, które za nic nie chcą ulecieć spod czaszki, zamiast solenną nudą, okazują się wciągającą pułapką, niepozwalającą oderwać się od lektury?
Przeczytałem książkę „Juliusz Słowacki pyta o godzinę” ponownie po 30 latach i nie wiem, co się bardziej zmieniło, ja sam czy kontekst świata, sprawiając, że dzieło, zamiast wyblaknąć, nabrało dodatkowej mocy, ujawniając rzeczy i smaki, których wcześniej nie dostrzegałem.
Opowieść Rymkiewicza koncentruje się na czterech datach z życia poety.
15 czerwca 1841 r., kiedy nie dochodzi do pojedynku Juliusza Słowackiego ze Stanisławem Ropelewskim. 12 lipca 1842 r., kiedy ma miejsce rozmowa poety twarzą w twarz z „Mistrzem”, Andrzejem Towiańskim, szarlatanem i oszustem, w dodatku agentem ruskiej ambasady, któremu wcześniej udało się zawładnąć Mickiewiczem. Po tej rozmowie Słowacki wydaje się innym człowiekiem – niektórzy mówią, że zwariował. Kolejna data to noc z 20 na 21 kwietnia 1845 r. – noc wizji. Słowacki, jak wielu jego współczesnych, miał wiele widzeń, ale podobno właśnie tej nocy w morzu ognia ujrzał, jak twierdził, twarz Boga... Ostatnia data, 3 kwietnia 1849 r., to dzień śmierci wieszcza. Opowieść zmienia się w spór o ostatnie słowa poety – czy było to „Wszystko to głupstwa” czy „Zrzucę ten płaszcz lichy” albo „Diabli na mnie lecą”, albo po prostu zapytanie: „Która godzina?”.
Rymkiewicz po mistrzowsku odtwarza klimat, barwę i napięcia tamtych czasów, emigracyjne „potępieńcze swary”, spory rywalizujących wieszczów, bezdroża mistycyzmu. Ukazuje dramat pokolenia ludzi z wiejskiego dworku, którzy...
[pozostało do przeczytania 23% tekstu]
Dostęp do artykułów: