Cel nie uświęca środków

Dziesięć lat temu, jadąc z pomocą charytatywną do parafii katolickiej w Charkowie, mogłem obserwować finał tzw. pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Panowała ogromna euforia, także wśród tamtejszych Polaków. Wiktor Juszczenko, nowy prezydent, był fetowany także w Polsce.

Porzucił wprawdzie żonę i dzieci, wiążąc się z młodą Amerykanką, ale to nie przeszkadzało senatowi KUL (przy wsparciu abp. Józefa Życińskiego) nadać mu tytułu doktora honoris causa. Od strony politycznej był wspierany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który wraz z nim odbierał ów doktorat, i Pawła Kowala (wówczas polityka PiS, dziś przybocznego Jarosława Gowina).
Mimo to Juszczenko dał kilka razy w twarz narodowi polskiemu, ogłaszając bohaterami Ukrainy kata Wołynia Romana Szuchewycza i terrorystę Stepana Banderę. Gloryfikował też zbrodniarzy z UPA. W 2010 r. Juszczenkę odrzucił w wyborach własny naród, ale wyrządzona krzywda pozostała. Dlatego wiele osób, nie tylko Kresowian i ich potomków, ma ogromny dystans do obecnych wydarzeń w Kijowie. Zwłaszcza że nad Majdanem łopoczą flagi nazistowskiej Swobody i złowieszcze, czerwono-czarne sztandary, pod którymi mordowano polskich obywateli różnych narodowości, w tym sprawiedliwych Ukraińców. Poza tym, główną rolę odgrywa tam Ołeh Tiahnybok, zwany nie bez powodu „Hitlerkiem”, którego media wykreowały z lokalnego watażki na jednego z liderów. Sprytnie wykorzystuje on naiwność tych polityków z Warszawy, którzy ze względu na rozpoczętą kampanię wyborczą pojawiają się na Majdanie. Inna sprawa, że politykom tym marzy się, aby odradzający się nazizm ukraiński wykorzystać w tzw. polityce wschodniej, opartej na teoriach Jerzego Giedroycia i Adama Michnika. Jednak jak uczy najnowsza historia, takie puszczanie „perskiego oka” do jednego diabła, aby obalić drugiego, nie jest ani moralne, ani skuteczne, zwłaszcza że na miejsce obalonego pomnika Lenina (tak jak to jest już w d. Galicji) ustawiony zostanie Bandera lub Bohdan...
[pozostało do przeczytania 15% tekstu]
Dostęp do artykułów: