To nie są czasy dla Judymów

Jedna z warszawskich przychodni. W poczekalni tłum poddenerwowanych ludzi. Złość na kolejki, drożejące leki, zasłyszane opowieści o pomyłkach lekarskich. Po drugiej stronie barykady – lekarze. Zmęczeni i tak samo wściekli. Na system, który ustawia ich w roli wrogów pacjentów. Postanowiłam ich wysłuchać

‒ Brzydkie słowo na „k”? – pyta jeden z wrocławskich lekarzy. – Kontrakty. Z NFZ.
‒ My naprawdę chcemy dobrze dla pacjentów – przekonuje mnie młoda ginekolog, z którą rozmawiam, kiedy w końcu znajduje dla mnie wolny kwadrans po długim dyżurze. ‒ Ale coraz trudniej jest to pacjentom wytłumaczyć. Ich złość koncentruje się na nas. Ten system nie działa! – wyrzuca z siebie, uprzedzając moje pytania.
Niemal każdy z lekarzy, z którymi rozmawiam, podaje jakiś absurdalny przepis, który lekarze zmuszeni są omijać, żeby ratować czyjeś życie.
‒ Narodowy Fundusz Zdrowia nie refunduje zabiegów w trybie jednorazowym, jeżeli przerwa między nimi wynosi mniej niż dwa tygodnie. A są takie przypadki, gdy sytuacja tego wymaga, np. kiedy musimy wykonać dodatkowo laparoskopię. Ten drugi zabieg wykonujemy za darmo – opowiada ginekolog jednego z warszawskich szpitali położniczych. Ale Narodowy Fundusz Zdrowia nie zwróci za tę usługę pieniędzy szpitalowi. ‒ Kto wymyśla te zasady i dlaczego my musimy szukać wyjścia z beznadziejnej sytuacji? – pyta.

Papierologia zamiast leczenia
‒ Limity finansowe narzucane nam przez NFZ są wbrew wszelkim światowym standardom – mówi jedna z lekarek z Dolnośląskiego Centrum Onkologii. Bo jak stosować ograniczenia wobec pacjentów chorych na przykład na raka? Tutaj liczy się każdy miesiąc. Niestety, często pacjenta, który przychodzi z guzem rokującym wyleczenie, przy następnej wizycie za kilka miesięcy można już leczyć tylko objawowo. On nie ma czasu na czekanie na następny kontrakt.
Absurdalna biurokracja może też kosztować życie. – Lekarze zamiast leczyć, muszą wypełniać...
[pozostało do przeczytania 51% tekstu]
Dostęp do artykułów: