Efekciarstwo mnie nie interesowało

Czuję się artystą. Muszę robić coraz więcej, żeby przekonać siebie, że wzniosłem muzykę na wyższy poziom. Muzyka jest jak niedokończony interes, nieustannie domaga się dopełnienia
 
To prawda, że harmonijka była Twoim pierwszym instrumentem?
 
Tak, rzeczywiście.
 
Czy byli jacyś muzycy, którzy stanowili dla Ciebie pierwszy impuls, aby pójść w ich ślady?
 
Nie było takiego muzyka, który by mnie inspirował, był impulsem do zajęcia się muzyką. Grałem gospel w zespole The Southern Sun mojego ojca. Zacząłem, gdy miałem siedem lat, i byłem w nim do 13. roku życia. Najpierw przez dwa lata śpiewałem, potem doszła gra na gitarze. Tak zaczęła się moja przygoda z muzyką.
 
A Ornette Coleman i Jimi Hendrix?
 
Jestem starszy od Hendriksa. Nigdy go nie słuchałem ani nie chciałem naśladować. Moim ulubionym gitarzystą w latach 60. i wczesnych 70. był Wes Montgomery. To jego lubiłem i chciałem grać jak on. Nie pociągał mnie rock’n’roll ani wtedy, ani teraz. Hendriksa podziwiam, ale w zupełnie innym wymiarze. On szarpał struny gitary zębami, trzymał ją za plecami, pomiędzy nogami, na głowie, grał, leżąc na podłodze, był efekciarskim gitarzystą. Nigdy nie chciałem tak grać, nie interesowało mnie efekciarstwo. Kiedy przyjechałem z Detroit, studiowaliśmy z Colemanem teorię muzyki harmolodic. Byłem tam pięć lat. Do Nowego Jorku przeprowadziłem się w 1971 r. Hendrix zmarł w 1970 r. Był ważną postacią, jednak nie inspirował mnie.
 
Kiedy przyszedł Ci do głowy pomysł posługiwania się w muzyce językiem harmolodic?

 
Gdy mieszkałem w Detroit, nie koncertowałem, tylko pracowałem nad swoją muzyką. Do Nowego Jorku przyjechałem, żeby ją grać. Z moim gitarowym trio występowaliśmy sześć dni w tygodniu. Pewnego dnia znajomy zabrał mnie do Colemana  – żeby usłyszał, jak gram na gitarze. Pograliśmy z Colemanem i on powiedział mi, że jestem...
[pozostało do przeczytania 58% tekstu]
Dostęp do artykułów: