Nie lubię żadnych bramek

Jest na frustrację wykluczanych lek skuteczny. To sytuacja, w której z roli np. lotniskowego pariasa przeradzamy się w pieszczoszka systemu kontroli bramkowej i sami jesteśmy uprzywilejowani.
 
Od dziecka jestem kibicem piłki nożnej. Powiedzenie zatem, że nie lubię bramek, w sensie że nie podobają mi się gole, brzmi w moich ustach cokolwiek idiotycznie. Całe szczęście, że w każdym, także w naszym ojczystym języku słowa miewają różne znaczenie, więc tytułu swojego tekstu wcale nie muszę się wstydzić.
 
Myślę, że wielu kibiców piłkarskich czy hokejowych odczuwa podobną niechęć do bramek, bo w dzisiejszym tytule felietonu mowa o tzw. bramkach antyterrorystycznych. Nie są one wcale wymysłem wdrożonym po ludobójczych atakach z 11 września 2001 r., jak mogłoby się zdawać młodszym czytelnikom. Nie lubię bramek antyterrorystycznych od momentu ich wprowadzenia przed wielu laty na lotniskach, a po 11 września także w wielu biurowcach, urzędach państwowych czy sądach. Nie toleruję tego momentu kontroli, tego wywlekania z kieszeni wszystkiego, co ma odrobinę metalu czy choćby – jak u palaczy czy przeżuwaczy gumy – skrawka folii aluminiowej. Nie trawię tej chwili obawy, gdy wchodząc w bramkę, nie jestem pewien, czy nie ukrywa się w którejś kieszonce jakaś wizytówka z wtopionym w nią metalowym paskiem, która sprawi, że zawyje brzęczyk i wszyscy zaczną patrzeć na mnie jak na groźnego bandytę.
 
Nie akceptuję całego tego mentalnego upokorzenia, które wiąże się z odzieraniem mnie z prywatności, tajemnicy, a przede wszystkim godności. Wiem, że to niemądre, ale twarze osób godzących się prowadzić proceder kontroli mnie i mojego bagażu zawsze wydają mi się zacięte, nieżyczliwe, wręcz nienawistne.
 
Od czasów, gdy nasz kraj nie był jeszcze ani w Unii, ani w układzie z Schengen, nie znosiłem jednak najbardziej bramek różnicujących. Widok swobodnie paradujących unijnych szczęściarzy i powoli przesuwającej się kolejki ludzi drugiego gatunku...
[pozostało do przeczytania 44% tekstu]
Dostęp do artykułów: