Gazowa rzeź, polityczny przełom

Atak gazowy w Damaszku, najbardziej morderczy od czasów Halabdży (1988 r.), będzie zapewne punktem zwrotnym w wojnie domowej w Syrii. Reżim Assada przekroczył „czerwoną linię”, przed czym rok temu ostrzegał Obama. Dziś Ameryka musi więc zareagować, mimo bezradności ONZ i rosyjskich gróźb. Pytanie brzmi: czy i w jakiej skali dojdzie do militarnej interwencji koalicji państw zachodnich i arabskich?
 
21 sierpnia, godz. 3 w nocy. Na kontrolowane przez powstańców przedmieścia Damaszku: Ain Tarma, Zemalka i Dżobar spada grad rakiet i bomb. Ludzie uciekają do piwnic – wielu z nich przypłaci to życiem. Bo to amunicja nie konwencjonalna, lecz chemiczna. Użyty gaz, najprawdopodobniej sarin, jest ciężki i im bliżej ziemi, tym stężenie bardziej mordercze. „Ofiary przywożono z rozszerzonymi źrenicami, zimnymi kończynami i pianą na ustach” – mówi pielęgniarka Bajan Baker. „Wyczerpaliśmy nasze zapasy atropiny i hydrokortizonu w Dżobarze, ale liczba zabitych i rannych cywilów i dzieci jest ogromna. Zwłaszcza przeraża liczba zabitych dzieci. Przez moje ręce przeszło pięćdziesięcioro, którym już nie można było pomóc” – relacjonuje anonimowy lekarz. „Do trzech szpitali w rejonie Damaszku trafiło od 21 sierpnia około 3600 osób z neurotoksycznymi objawami, 355 z nich zmarło” – informuje dr Bart Janssens (Lekarze Bez Granic). „Władze nie po raz pierwszy użyły broni chemicznej. Ale dzisiejsze zbrodnie oznaczają punkt zwrotny w operacjach reżimu. Tym razem chodziło raczej o unicestwienie niż terror” – uważa George Sabra (Syryjska Koalicja Narodowa).
 
Wszystko wskazuje na Assada
 

Według różnych szacunków zginęło od 400 do nawet 1300 osób. Reżim początkowo stanowczo zaprzeczał, że taki fakt miał miejsce, potem stwierdził, że zrobili to rebelianci, korzystając z tego, że trzy dni wcześniej w Syrii pojawił się zespół ekspertów ONZ, mający sprawdzić doniesienia o wcześniejszych przypadkach użycia broni chemicznej. Dopiero po pięciu dniach...
[pozostało do przeczytania 60% tekstu]
Dostęp do artykułów: