System do wymiany

Wywołana przez rząd w ostatnich tygodniach dyskusja nad reformą II filaru emerytur, tzw. OFE, przykrywa problem znacznie głębszy. Jeśli w obecnym systemie świadczeń emerytalnych nie zostaną dokonane zmiany, już za kilka, kilkanaście lat okaże się, że większa część emerytów i osób bez umów o pracę będzie musiała pobierać świadczenia z opieki społecznej. Wtedy bowiem emerytury wypłacane z ZUS będą stanowiły nie więcej niż 40 proc. ostatniej pensji.
 
W przypadku osób otrzymujących pensję minimalną (obecnie niecałe 1200 zł netto) emerytura wyniesie miesięcznie niecałe 500 zł. A zatem sporo poniżej obecnej minimalnej (830 zł). Dla porównania gwarantowane emerytury na Zachodzie, w przeliczeniu na złotówki, wynoszą od 2 tys. (Kanada, Australia) do 4–4,5 tys. (Holandia, Dania). Obecnym systemem nie będą objęte także miliony osób zatrudnionych obecnie tylko na tzw. umowach śmieciowych.
 
Twórcy obecnego systemu zakładali pod koniec lat 90., że część emerytury wypłacana przez ZUS będzie uzupełniona świadczeniami z II filaru. Część składki emerytalnej w nim inwestowana miała być pomnażana przez grające na giełdzie i skupujące rządowe obligacje Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), zarządzane przez Powszechne Towarzystwa Emerytalne (PTE). Dziś wiadomo, że owo pomnażanie odbywało się jedynie na rzecz PTE, pobierających opłaty za zarządzanie powierzanymi sobie środkami przyszłych emerytów. PTE, według szacunków rządu, zarobiły na tym łącznie ponad 17 mld zł. Pierwsi emeryci, otrzymujący świadczenia z II filaru, mogą dziś liczyć na niewielkie wypłaty z tego tytułu, rzędu 100–200 zł.
 
Zakładano też, że większa część pracujących będzie dodatkowo oszczędzała na przyszłe emerytury w ramach tzw. III, nieobowiązkowego filaru. Jak do tej pory pomysł ten poniósł fiasko. Według ostatnich danych KNF z tego sposobu oszczędzania na przyszłą emeryturę skorzystało tylko ok. 1,6 mln osób, tj. ok. 10 proc ogółu pracujących. Bo reszta najczęściej nie ma z czego...
[pozostało do przeczytania 56% tekstu]
Dostęp do artykułów: