7 sierpnia 2013

„Czy 47-letni Tomasz Lis farbuje włosy?” – to pytanie postawione przez dziewczyny z grupy The Krasnals rozgrzewa do białości niejedną leminżycę. Nie ulega wątpliwości, że coś złego dzieje się z Lisem, bo przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego dopuścił się on straszliwego ataku na Władysława Bartoszewskiego – pozbawił go tytułu profesorskiego! Jeszcze niedawno o tym, że Bartoszewski nie jest profesorem, pisały tylko obrzydliwe prawicowe szmatławce. A teraz owszem, Lis pisze, jak niepodważalnym jest on autorytetem, ale „prof.” przed nazwiskiem nie stawia. Czyżby zdradził? Uległ presji rynsztokowej „Gazety Polskiej”?! Zdrajca, zdrajca! (ów wyraz rymuje się z jajca).
 
Jeden z moich kolegów ogłosił niedawno, że zamierza się wybrać na najbliższe spotkanie z profesorem Bartoszewskim. I zadać mu pytanie: „Panie profesorze! Jest pan dla mnie wielkim autorytetem moralnym oraz naukowym. Chcę poznać cały pana dorobek, by pana naśladować. Czy mógłby mi pan profesor podać tytuł swojej pracy magisterskiej, doktorskiej oraz habilitacyjnej, bym mógł te wiekopomne dzieła przeczytać?”.
 
Gdy wyszło na jaw, że Bartoszewski za bardzo to profesorem nie jest, popierający go twardziele – nie to, co koniunkturalny mięczak Lis – argumentowali, że może i nie jest, ale oni będą go tak nazywać, bo go szanują. Co wspomniany kolega podsumował: „Ja najbardziej na świecie szanuję moją Mamę. Od dzisiaj będę zwracał się do niej »Profesorze Mamo«”.
 
Niektórzy twardziele argumentują, że Bartoszewski kariery naukowej nie zrobił, bo mu komuniści nie pozwolili. Słucham? Komuniści?! To oni blokowali jakieś awanse? Znaczy się chcecie powiedzieć, że uzyskane w PRL tytułu w naukach humanistycznych są podejrzane, i że warto się im przyjrzeć, tak? A, wy nic już nie chcecie powiedzieć. Jakoś się nie dziwię.
 
Rosną szeregi lustracyjnych hunwejbinów grzebiących w życiorysach! Ostatnio dołączyła do nich Anna Bikont z „Gazety Wyborczej”, która przybyła do...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: