13 kwietnia 2011

Pierwszorzędny moralista

Jan Widacki na łamach „Przeglądu” o prawnym rozpasaniu, z którego mogą korzystać „trzeciorzędni literaci”, czyli ci, którzy mają inne poglądy niż Widacki, a także o tym, gdzie granice wolności się kończą: „Czy (…) wolność słowa, której tak chcą bronić trzeciorzędni literaci, rzeczywiście zezwala każdemu mówić, co mu ślina na język przyniesie? Na szczęście nie. Choć wiele można pleść zupełnie bezkarnie. Można mówić rozmaite głupoty, w Sejmie, na konferencji prasowej, w TVN 24 albo TVP 1, albo w Radiu Maryja, a także w „Gazecie Polskiej”, „Naszym Dzienniku” czy gdziekolwiek indziej. (…) Można biadać, że Polska ginie, a rząd nic nie robi, by ją ratować. Można mówić i pisać bardzo dużo zupełnie bezkarnie. Nawet głupota i afiszowanie się nią nie jest zakazane. Ale nie wolno wszystkiego. Wolność słowa, jak każda wolność, ma w demokratycznym kraju swoje granice. Można wyrażać, także drukiem i w telewizji, krytyczne opinie o wszystkim i wszystkich. Nie wolno jednak przekroczyć pewnej granicy: nie wolno na czyjś temat kłamać ani nikogo obrażać, nazywając go obraźliwie, z użyciem słów powszechnie uznanych za obraźliwe czy wulgarne”. Jak widać, Widacki uznał porównanie jednego z tytułów do KPP za wulgaryzm. Kwestia, która część zdania była wulgarna.
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: