Negatyw szwedzkiego cudu

Kto pamięta ostatni hollywoodzki film Hallströma „Połów szczęścia w Jemenie” – świetlistą opowieść o szaleństwie pięknej panny i ichtiologa na życiowym zakręcie – tego depresyjny „Hipnotyzer” zaskoczy.  Wracający do rodzinnej Szwecji reżyser „Co gryzie Gilberta Grapea” i „Kronik portowych” pokazuje nam mroczny Sztokholm, filmowany ponadto nocą. Snują się po nim postaci pozostające w cieniu, a tytułowy bohater Erik ma twarz spętanego mocarza.

Film zaczyna się od zbrodni. Zakłuty nożem przez niewidocznego sprawcę pada na parkiet nauczyciel gimnastyki. Godzinę później okazuje się, że także jego żona i córka zostały zabite w mieszkaniu, syna ledwie odratowano. To do chłopaka zostaje wezwany Erik (Persbrandt), lekarz i hipnotyzer po prawnych przejściach zaplątany w romans z lekarką, dręczony bezsennością, skłócony z żoną (Olin). Ale ktoś nie chce dopuścić, by Erik wniknął w pamięć ocalonego. Morderca, a może morderczyni, porywa syna hipnotyzera, grozi jego rodzinie.

Nieporadny śledczy (Zillacus) prosi Eryka, by mimo wszystko nie odmawiał pomocy, bo sprawa grzęźnie na manowcach. Widz uczestniczy w śledztwie, ale nie sprawdzają się jego podejrzenia co do siostry chłopaka wysłanej do poprawczaka. Z listów znalezionych w domu ofiar wygląda domowa tragedia. Niejasne pochodzenie różnych członków rodziny naprowadza na właściwy trop.

Ale przełom nastąpi dopiero, gdy Erik, pojednany z żoną w nieszczęściu, wywoła w jej pamięci wizerunek intruza, który napadł ich i uśpił zastrzykiem. Przedtem umiejętność przeprowadzania hipnozy, dar przenikania cudzych myśli, były dlań ciężarem. Udręczony bezsennością, bierze proszki, które czynią go bezsilnym w chwili zagrożenia. Na szczęście i on, i jego małżeństwo dostaną szansę.

„Hipnotyzer” sprawdza się jako dobrze pomyślany kryminał z elementami dreszczowca. Hallström gra czysto, zbrodni nie dokonał „tajemniczy Chińczyk ani przybysz z Plutona”, jej autorem nie jest też nosiciel wcielonego zła,...
[pozostało do przeczytania 27% tekstu]
Dostęp do artykułów: