Negatyw szwedzkiego cudu

Kto pamięta ostatni hollywoodzki film Hallströma „Połów szczęścia w Jemenie” – świetlistą opowieść o szaleństwie pięknej panny i ichtiologa na życiowym zakręcie – tego depresyjny „Hipnotyzer” zaskoczy.  Wracający do rodzinnej Szwecji reżyser „Co gryzie Gilberta Grapea” i „Kronik portowych” pokazuje nam mroczny Sztokholm, filmowany ponadto nocą. Snują się po nim postaci pozostające w cieniu, a tytułowy bohater Erik ma twarz spętanego mocarza. Film zaczyna się od zbrodni. Zakłuty nożem przez niewidocznego sprawcę pada na parkiet nauczyciel gimnastyki. Godzinę później okazuje się, że także jego żona i córka zostały zabite w mieszkaniu, syna ledwie odratowano. To do chłopaka zostaje wezwany Erik (Persbrandt), lekarz i hipnotyzer po prawnych przejściach zaplątany w romans z lekarką, dręczony bezsennością, skłócony z żoną (Olin). Ale ktoś nie chce dopuścić, by Erik wniknął w pamięć ocalonego. Morderca, a może morderczyni, porywa syna hipnotyzera, grozi jego rodzinie. Nieporadny śledczy (
     
36%
pozostało do przeczytania: 64%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze