Dwadzieścia lat z wariatami

Rok 2006. Do redakcji „Gazety Polskiej” dzwoni wczesnym rankiem domofon. Budzi on ważnych redaktorów, którzy dopiero co po długich nocnych Polaków rozmowach położyli się spać na redakcyjnej podłodze. Przez domofon słychać dialog:

– Dzień dobry. Jestem waszym czytelnikiem.

– To niemożliwe. My nie mamy czytelników.

– Ale ja naprawdę jestem czytelnikiem.

– Jeśli nawet mamy czytelników, to wyłącznie chorych psychicznie. Pan na pewno jesteś chory psychicznie.

Elegancki starszy pan, nieświadomy faktu, że w tygodnikach praca zaczyna się bliżej południa, jest wyraźnie zachwycony takim powitaniem. Jak również winem domowej roboty, którym zostaje na śniadanie poczęstowany. Opowiada o młodości, partyzantce, więzieniu...

Czy podobna sytuacja mogłaby wydarzyć się w jakiejś innej konserwatywnej redakcji na świecie? Jak zauważył jeden z naszych kolegów, brytyjski konserwatysta, ujrzawszy pewien zlot pod patronatem „Gazety Polskiej”, doszedłby do wniosku, że pomyłkowo trafił na imprezę anarchistów. – No tak – odparł filozoficznie inny. – Ale co Anglicy mogą wiedzieć o naszej narodowej tradycji? Oni ani o sarmatyzmie, ani o Kmicicu czy Zagłobie nie słyszeli. My musimy w pocie czoła kultywować naszą tradycję, a nie jakieś zamorskie sztywniactwo. – Nie ma to jak dorobić ideologię do własnej degeneracji – podsumował trzeci z kolegów.

Dzisiaj, na 20-lecie, zamiast wciskanych Państwu na co dzień bzdur, pora napisać dla odmiany parę słów prawdy o „Gazecie Polskiej”. Niech nasi wrogowie uważnie czytają – dostają spore kompendium kompromitującej nas wiedzy.

Ochrona prezydenta Wałęsy zwinięta na dołek

Dziś „Gazeta Polska” jest już instytucją. Ale w 1993 r. jej powołanie przez Piotra Wierzbickiego i jego współpracowników wydawało się szaleństwem. Gdyby nie ludzie, którzy wyłożyli po 400 zł na udziały w wydawnictwie, nie byłoby pierwszego numeru. Gdyby ten się nie...
[pozostało do przeczytania 87% tekstu]
Dostęp do artykułów: