Media aparatem przemocy i pogardy

Lans w brukowcach

Najbardziej frapujące ma być odzienie pani Niezgody: koronkowa sukienka i kożuszek. A dlaczego? Diabli wiedzą. Niech się pani Niezgoda ubiera, jak chce, co mnie to obchodzi. „Zupełnie nie mam pojęcia, kto z „towarzystwa”, jest kim, z kim żyje i jak się ubiera albo rozbiera. Nie czytam prestiżowego szmatławca „Życie na gorąco” ani ponoć elitarnej „Gali”. Owszem, czytam tabloidy „Fakt” i „Super Express”, bo mam słabość do tych brukowców. Ale koncentruję się głównie na tej części, która porusza problemy społeczno-polityczne. Kiedy mieszkałam w Niemczech, regularnie kupowałam gazety „Bild” i koloński „Express”. I wcale nie po to, by się rozkoszować luksusowym bytem tamtejszych celebrytów oraz gwiazdeczek. Czytałam je dlatego, że obok wszelkiego śmiecia obyczajowego i kryminalnych sensacji drukują one wywiady z najważniejszymi politykami krajowymi i zagranicznymi, z autorytetami w różnych dziedzinach, jednym słowem z ludźmi zasługującymi na uwagę społeczeństwa.

Co ważniejsze, ludzie ci chętnie udzielają tabloidom wywiadów, pisują dla nich i służą opinią. A dlaczego lansują się w brukowcach? Ano dlatego, że brukowce są wielkonakładowe, więc docierają do dużej rzeszy obywateli, są adresowane do zwykłych zjadaczy chleba, niekoniecznie wykształconych na wyższych uczelniach, do rolników, pracowników przemysłowych, ekspedientek, gospodyń domowych, kucharek i sprzątaczek. Czytają je także ludzie ze świata polityki, bo mają świadomość zasięgu i oddziaływania tych mediów. Kanclerz Niemiec Helmut Kohl, polityk prawicowej w czasie jego rządów partii CDU, w ciągu 16 lat swojego kanclerstwa nie udzielił nigdy wywiadu lewicowemu i bez wątpienia wpływowemu tygodnikowi „Der Spiegel”, natomiast chętnie, jeśli zachodziła taka potrzeba, rozmawiał z dziennikiem „Bild”.

„Bild” jest największą gazetą europejską, jego nakład sięga 4 mln egzemplarzy. I w Niemczech wszyscy, którzy liczą się z opinią publiczną, czytają „Bilda...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: