Campus – porażka? Odpowiedź nie jest oczywista

rys. Rafał Zawistowski
rys. Rafał Zawistowski

OPINIE [Kompromitacja starych, integracja młodych]

Campus Polska Przyszłości miał być dla Rafała Trzaskowskiego politycznym otwarciem. Ale najpierw skradł mu show Donald Tusk, później Tomasz Grodzki, a w końcu – Adam Michnik pospołu z Leszkiem Balcerowiczem.

O Campusie Polska Przyszłości (zwanym też Campusem Szparag ze względu na sponsora imprezy, czyli niemieckiego podatnika) powiedziano w ostatnich dniach naprawdę dużo. Rzecz interesująca, że sielankowy obraz spotkania popsuła już na samym początku „Gazeta Wyborcza”, w długim tekście opisując wszystkie potknięcia Trzaskowskiego od zeszłorocznej kampanii wyborczej na prezydenta Polski po samo olsztyńskie wydarzenie. Które – jak napisała „Wyborcza” – Tusk w pięć minut zabrał prezydentowi Warszawy. Nie trzeba też było prawicowych mediów, by opinia publiczna została dość dokładnie poinformowana o niesnaskach i zgrzytach między Tuskiem i Trzaskowskim, nad czym zresztą obaj politycy ubolewali w trakcie tak zwanej debaty otwierającej całe wydarzenie.

Campus – obyczajowo na lewo

Nie ma sensu po raz wtóry szczegółowo opowiadać o największych wizerunkowych wpadkach polityków i sympatyków Platformy na olsztyńskim Campusie dla lewicowo-liberalnej młodzieży. Wskażę na dwie dość różne kwestie, które warto widzieć w dłuższej perspektywie. Pierwsza to pewien rozjazd starych, liberalnych elit z oczekiwaniami ich potencjalnych wyborców. Jest jasne, że w sprawach obyczajowych, dotyczących choćby związków partnerskich osób tej samej płci (radykałowie LGBTQIA+ pewnie i tak dodaliby: chcemy ślubów dla kilkudziesięciu płci!), oraz w kwestiach liberalizacji aborcji zarówno Trzaskowski, jak i Tusk powiedzieli to, co chciała usłyszeć młodzież. Ten pierwszy bardziej szczerze, ten drugi z pewnym wyrachowaniem. Jest też jasne, że wypowiedzi Sławomira Nitrasa, spritus movens olsztyńskiego przedsięwzięcia, były o wiele mniej metaforyczne, niż później próbowali tłumaczyć jego zwolennicy. To nie była żadna prowokacja: to były szczere oczekiwania i wyznania dotyczące tego, jak radykalizujący się liberałowie widzą w przyszłości społeczne miejsce chrześcijan i chrześcijaństwa, ze szczególnym wskazaniem na katolików i katolicyzm. 

Ale widoczne jest też napięcie między politycznymi aktorami a ich potencjalnymi wyborcami. Dość dobrze pokazał je Jacek Żakowski na łamach „Gazety Wyborczej”: „Gdybym mieszkał np. w Sokółce, z małymi dziećmi i starszymi rodzicami, to po Campusie Polska wiedziałbym, że nigdy nie zagłosuję na listę ani na partię, w której jest Tomasz Grodzki”. Ale kwestia jest jeszcze szersza. I dotyczy ludzi młodszych niż małżeństwa z małymi dziećmi i starszymi rodzicami. Otóż młode pokolenie left-libków (czyli lewicowych liberałów) nie kupuje opowieści nie tyle Tomasza Grodzkiego, ile Leszka Balcerowicza. I chodzi nie tylko o to, że boją się o klimat albo że nie lubią apodyktycznych starszych panów, którzy po prostu lubią wzorce godne szokowej terapii – nie tylko w gospodarce, lecz także w rozmowach ze swoimi adwersarzami. 

Michnik, Balcerowicz, Wałęsa

To jest pokolenie wzrastającej konsumpcji, które wiele zawdzięcza społeczno-gospodarczemu boomowi ostatnich lat. Ono tego nigdy nie przyzna, ale jemu naprawdę podoba się jednoprocentowe bezrobocie, znacznie wyższe stawki godzinowe, wyższa płaca minimalna. Część tej młodzieży, choć też głośno tego nie powie, skorzystała także na 500 plus. Nawet jeśli to pokolenie samo nie było beneficjentem, to może wciąż korzysta z pięćseplusowej polityki jego młodsze rodzeństwo/kuzynostwo. 

Dziś jest już pewne, że młody tęczowy potencjalny elektorat Platformy to nie są sami krezusi z enklaw dobrobytu. I nawet jeśli weźmiemy poprawkę na zauważalny wśród młodych „wolnorynkizm”, to zwykle dotyczy on jakiegoś procenta, a nie całej grupy wiekowej. Co więcej, było słychać na Campusie, że część tych młodych nie kupuje balcerowiczowskiej opowieści o złym państwowym Orlenie albo o wszechobecnym socjalizmie. Oni już na tyle dobrze znają świat, że wiedzą, iż zachodnioeuropejskie państwa same świetnie dbają o swój kapitał. I że solidnie inwestują w dobrostan społeczny, choć równocześnie są krajami o zdecydowanie prorynkowym nastawieniu, z ogromnym wpływem kapitału na ich rzeczywistość. 

Dalej, to jest pokolenie, które oczywiście chętnie kupi niejedną opowieść z elementarza pedagogiki wstydu. I to często nie ze złej woli – raczej dlatego, że wchodzi w dorosłość wpychane w światopoglądowe matryce, w których tkwią przede wszystkim dorośli. Opowieści Adama Michnika o tym, że Polacy lubują się w roli niewinnych ofiar historii, nie tylko są podszyte złą wolą – to głęboki osad komunistycznej ideologii, która własne bestialstwa nie tylko epoki stalinizmu usprawiedliwiała polską ciemnotą, ksenofobią i antysemityzmem. Spójrzmy na postkomunistów po komunizmie, nie tylko tych w sejmowych ławach lewicy: wciąż w nich pełno resentymentu wobec Polski, polskości, Polek i Polaków; wciąż w nich pełno resentymentu, który – jak można mniemać – uspokaja sumienia i łagodzi poznawcze sprzeczności tych, którzy swoją pozycję zawdzięczają jeszcze dawnym uzurpatorom, zabójcom II Rzeczypospolitej, jej najlepszych synów i córek, jej ducha.

Campus, czyli integracja młodych

Ale ci młodzi równocześnie ziewają, gdy słuchają tyrad Michnika o wspaniałym Lechu Wałęsie jako symbolu polskiej wolności i demokracji. I to nie tylko dlatego, że widzą groteskowość tej postaci, która – bardzo cynicznie – umyka w ostatnich latach środowisku „Gazety Wyborczej”. Oni po prostu wcale nie są przekonani, że demokracja i wolność przed 2015 rokiem były takie wspaniałe – dla bardziej świadomej części z nich Platforma sprzed kilku lat to partia konserwatywnych dziadersów. Wcale nie jest jeszcze pewne, czy faktycznie zagłosują na PO. A mówiąc ściślej: istotne jest pytanie, czy opłaci im się bardziej postawić na Lewicę – tematy obyczajowe i socjalne to jest punkt, w który polityczni goszyści będą próbowali wbijać klin między platformersów a ich potencjalny młody elektorat. Bez większych złudzeń, najpewniej łatwiej będzie zyskać lewicy na podobijaniu tęczowych obietnic i na wskazywaniu, że Platforma to wciąż partia konserwatywna. Że to żart? Ale przecież Joanna Senyszyn już nazwała Sławomira Nitrasa konserwatystą. Powtórzmy: Nitrasa – konserwatystą!

Warto jednak dodać jeszcze jedną rzecz, która może być o wiele większym kłopotem i dla rządzących, i dla wszelkich formacji, które walczą z Platformą o młodszy elektorat. Z relacji, które do mnie docierają, Campus Polska miał duży potencjał integracyjny. Bo wizerunkowe wtopy dinozaurów III RP na „przyszłościowym” Campusie to jedno. Druga rzecz to na przykład warsztaty, spotkania integracyjne, dyskusje w kuluarach itd., itp. Nie bez powodu mówiono o „koloniach” Trzaskowskiego. Choć może lepsze byłoby porównanie z harcerskim obozem, bo to on łączy integrację z rysem formacyjnym. 

Wedle relacji, jakie do mnie docierały, część integracyjna była entuzjastycznie odbierana przez niemałą liczbę uczestników Campusu. Czytelnikom i czytelniczkom „Gazety Polskiej”, którzy wrośli w etos klubów „GP”, nie trzeba tłumaczyć, co to oznacza. Tak się buduje znaczące sieci społeczne, w ramach których funkcjonują nie tylko liderzy polityczni, lecz także choćby lokalni liderzy opinii. Przez kooptację części młodych Platforma chce odbudować/wzmocnić swoje elity pieniądza, władzy, prestiżu. Pod względem wielu wygłaszanych tam opinii Campus był dziaderski, grodzko-balcerowiczowski. Ale na mniej oczywistym poziomie mógł przyciągnąć część młodych do Platformy. 

Warto widzieć słabsze i mocniejsze strony projektu Tuska/Trzaskowskiego – bo być może będzie on powtarzany w kolejnych latach. A to politycznie stwarza i szanse, i zagrożenia. I dla organizatorów, i dla ich politycznych przeciwników, szczególnie tych, którzy nie chcą, by Polska wróciła w ręce miłośników starych porządków poddanych nowolewicowemu liftingowi.

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze