Chcą, żebyśmy skoczyli głową w dół do pustego basenu. Rozmowa z wicepremierem Jackiem Sasinem

FOT. FILIP BŁAŻEJOWSKI/GAZETA POLSKA
FOT. FILIP BŁAŻEJOWSKI/GAZETA POLSKA

Wywiad numeru [Turów, suwerenność, lobbing]

Pamiętamy obawy wynikające z możliwości zakręcenia kurka przez wschodniego dostawcę gazu ziemnego czy ropy naftowej do Polski. Wiemy już, jak można, przy pomocy takiego straszaka, sterować wydarzeniami w Polsce. W wypadku dostaw energii elektrycznej, gdybyśmy zostali zmuszeni do niekontrolowanego wyłączania bloków energetycznych na węgiel, mogłoby się okazać, że Polska byłaby zmuszona do znaczącego importu prądu. W grę wchodziłyby dwa państwa: Niemcy i Rosja – mówi Jacek Sasin, minister aktywów państwowych. Rozmawia Tomasz Sakiewicz

Kto ma interes w tym, oprócz kilku gmin w Czechach, by zamknąć kopalnię węgla brunatnego Turów? Dlaczego doszło do tak daleko idących wypadków? To sytuacja bez precedensu, by TSUE nakazywało zamknięcie kopalni tak ważnej dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego.

Rzeczywiście, to sytuacja bezprecedensowa. Decyzja TSUE nie uwzględnia polskiej racji stanu, rozumianej jako suwerenność energetyczna. Mówię o gwarancji zapewnienia stałych i nieprzerwanych dostaw energii do wszystkich obywateli naszego kraju. To również decyzja, której w żaden sposób nie można wykonać. Jest całkowicie niemożliwa do realizacji, biorąc pod uwagę choćby względy techniczne. Nie można kopalni zamknąć, naciskając jakiś guzik. To niezwykle złożony proces, który musi być rozłożony na lata, by nie powiedzieć dziesięciolecia. Wracając do pytania o to, w czyim interesie była podjęta decyzja, wskazywałbym tych, którzy chcieliby, aby Polska była krajem, który jest uzależniony od dostaw energii z zewnątrz, bo nie jest w stanie sama jej wyprodukować. Można się domyślać, że mogą to być ci, którzy chcą nam tę energię sprzedać w przyszłości, a tym samym uzależnić Polskę nie tylko ekonomicznie, ale i politycznie.
 
Na jakiej zasadzie?

Sięgnijmy do całkiem nieodległej przeszłości. Pamiętamy te obawy wynikające z możliwości zakręcenia kurka przez wschodniego dostawcę gazu ziemnego czy ropy naftowej do Polski. Wiemy już, jak można, przy pomocy takiego straszaka, sterować wydarzeniami w Polsce. Dziś nie chodzi o zakręcanie kurka z gazem czy ropą, bo potrafimy już dywersyfikować dostawy tych surowców do Polski. Dążymy do tego, by możliwie szybko uniezależnić się od jednego, monopolistycznego dostawcy. W wypadku dostaw energii elektrycznej, gdybyśmy zostali zmuszeni do wyłączania bloków energetycznych na węgiel (kamienny i brunatny) w sposób niekontrolowany, czyli taki, który nie uwzględnia harmonogramów związanych z wprowadzaniem na rynek energetyczny nowych źródeł energii, mogłoby się okazać, że Polska byłaby zmuszona do znaczącego importu prądu. Wtedy należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie: od kogo?
 
Zatem od kogo?

W grę wchodzą dwa państwa: Niemcy i Rosja. Dziś nic nie wskazuje na to, by ze strony rosyjskiej była jakakolwiek chęć poprawy stosunków z Polską. Z Niemcami mamy bardzo dobre relacje w ramach UE, kraj ten jest naszym bardzo ważnym partnerem. Jednak, z punktu widzenia interesów Polski, niezależnie od tego, jak dobre są te stosunki, życzyłbym sobie, byśmy nie byli uzależnieni od dostawy energii z innych krajów – mniej czy nawet bardziej nam przyjaznych.
 
Istnieją pewne dowody, że w działania na rzecz zamknięcia KWB Turów w grę wchodził dosyć wyraźny lobbing niemiecki, jak i rosyjski. To znaczy, że w organizacjach ekologicznych, które naciskały na zamknięcie Turowa, pojawiły się niemieckie pieniądze, a ponadto szefa rady nadzorczej Łukoil. To są te ślady czy też chodzi jedynie o badanie motywacji wśród finansujących ten lobbing?

Jeśli poważnie potraktujemy tę informację, potwierdzałoby to tok myślenia, który przedstawiłem przed chwilą. A więc, że wokół nas istnieje wiele sił zainteresowanych tym, by transformacja energetyczna w Polsce przebiegała w sposób chaotyczny i niekontrolowany. Robimy wszystko, by proces tej transformacji, który jest – wydaje się (ze względu na „zieloną” politykę klimatyczno-środowiskową UE czy w związku z opłatami za emisję CO₂) – nieuchronny, przebiegał w sposób kontrolowany i skoordynowany. Musimy zadbać o to, by wyprowadzając  z naszego systemu energetycznego jednostki produkujące energię z węgla kamiennego czy brunatnego, w to miejsce wprowadzać inne jednostki, produkujące taką samą lub większą ilość energii ze stabilnych źródeł jej wytwarzania. Do nich nie można jednak zaliczyć OZE – zielone źródła mogą stanowić dopełnienie systemu energetycznego, ale z pewnością nie jego jedyne źródło.
 
Jak powinien wyglądać system energetyczny w Polsce?

Musimy zbudować jego nowe źródła. Zarówno w postaci energetyki opartej na gazie ziemnym, w przyszłości na wodorze (mamy nadzieję, że technologia jego wytwarzania się rozwinie), a także w postaci energetyki jądrowej. Bez tych trzech komponentów trudno sobie wyobrazić stabilność energetyczną. Musimy zrobić wszystko, by proces tworzenia tego nowego modelu energetyki przebiegał planowo w określonym czasie, czyli do końca lat 40., a więc jeszcze przez prawie 30 lat. Wobec tego obecna próba pozbawienia nas tak ważnego źródła – bo przecież próba wyłączenia kopalni Turów łączy się z wyłączeniem także elektrowni – stanowi próbę wprowadzenia Polski na drogę dzikiej transformacji energetycznej. To tak, jakby ktoś nas popychał do skoku głową w dół do pustego basenu. Jest całkowicie jasne, że czekałaby nas katastrofa. Zostalibyśmy pozbawieni istotnego dla nas źródła energii, a jednocześnie narazilibyśmy się na ogromne problemy społeczne. Przecież energetyka to dziś źródło utrzymania dziesiątków tysięcy osób, ich rodzin i firm kooperujących. Oznaczałoby to więc równocześnie gigantyczną katastrofę o wymiarze nie tylko gospodarczym, ale także społecznym.
 
Opozycja zarzuca, że polskie władze obudziły się wczoraj – jeśli chodzi o rozmowy z Czechami. Tymczasem wiemy, że projekt zamknięcia kopalni Turów powstał w czasach rządów Donalda Tuska, koncesja na jej dalsze działanie została udzielona w czasach rządów PiS. Kiedy Czesi się obudzili? Kiedy Polska przystąpiła do negocjacji z nimi?

Od razu wyjaśnię, że nieprawdziwa jest pojawiająca się teza, że koncesja została wydana na przekór czy też w konflikcie z Czechami. Absolutnie tak nie było. PGE Polska Grupa Energetyczna, właściciel kopalni Turów, prowadziła intensywne rozmowy ze stroną czeską, które miały doprowadzić do porozumienia i stworzenia warunków do tego, by koncesja mogła zostać przedłużona na kolejne lata w konsensusie z Czechami. Usytuowanie tej kopalni tuż przy granicy z tym krajem, w polskim klinie pomiędzy Czechami, a Niemcami, wymusza konieczność rozmów z sąsiadami. Rozmowy z Czechami, trwające od 2015 roku, zakończyły się sukcesem i w 2019 roku podpisano protokół uzgodnień transgranicznych. Zostały w nim podjęte przez PGE pewne zobowiązania dotyczące realizacji inwestycji mających chronić środowisko.
 
Czy faktycznie są one przeprowadzane przez PGE?

Oczywiście. I to w znacznie szybszym tempie niż przewidywano i w szerszym zakresie. Specjalny ekran budowany przez PGE dobrowolnie, który ma chronić przed odpływem wody po stronie czeskiej, już działa, choć miał być zbudowany do 2023 roku. Koszt tej inwestycji wyniósł 17 mln zł. Oficjalnie zacznie funkcjonować za trzy miesiące, czyli we wrześniu. To pokazuje dobrą wolę ze strony PGE. Pomimo podpisanego dwa lata temu protokołu uzgodnień, którego zapisy są realizowane przez stronę polską, a także wydania w styczniu 2020 roku decyzji środowiskowej umożliwiającej wydanie w marcu ub.r. koncesji na dalsze legalne funkcjonowanie polskiej kopalni do 2026 roku, Czesi z niezrozumiałego – z punktu widzenia logiki – powodu złożyli skargę do TSUE, domagając się zaprzestania działalności KWB Turów.
 
Zanim do tego doszło, nie było z ich strony sygnałów, że radykalnie zmieniają front?

Dochodziły pewne sygnały, że wydanie polskiej koncesji na funkcjonowanie kopalni do 2026 roku nagle zaczęło budzić niezadowolenie po stronie czeskiej. W konsekwencji rząd w Pradze złożył skargę do TSUE. To dało asumpt do działań popierających i nagłaśniających ten krok rozlicznym organizacjom ekologicznym.
 
Podobno w styczniu 2021 roku kilka pobliskich powiatów z Niemiec wystąpiło z podobnym wnioskiem, wzmacniającym kroki strony czeskiej.

TSUE rozpatruje skargi składane jedynie przez rządy krajów unijnych, a nie przez samorządy czy organizacje społeczne. Tak czy inaczej pokazuje to, że strona niemiecka chciała tego samego, tj. likwidacji polskiej kopalni. Znamienne, że zbiórkę podpisów zachęcających mieszkańców pobliskich gmin czeskich do wydania w tej materii postanowienia TSUE, organizowała Niemka. W imieniu polskiego rządu nasze stanowisko wobec czeskiej skargi do TSUE zostało sformułowane i przekazane do Trybunału jeszcze przed wydaniem przezeń postanowienia. Decyzje w tej sprawie podejmowało Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz MSZ, wykorzystując informacje dostarczone przez PGE. Nic nie wskazywało na to, że Trybunał unijny podejmie tak drastyczną decyzję dotyczącą konieczności natychmiastowego zamknięcia naszej kopalni.
 
Pomyślmy, co dalej? Polski rząd nie zgadza się na zamknięcie kopalni Turów. Obecnie negocjujemy z Czechami, by wycofali swój wniosek z TSUE. Ale te negocjacje nie muszą przynieść pozytywnego dla nas skutku. Bo kontekst wrześniowych wyborów w Czechach jest tu bardzo wyraźny. Czy w tej sytuacji nasze stanowisko jest takie, że robimy, co możemy do września, a potem rozmawiamy z nowym rządem?

W tej chwili robimy, co możemy w tej sprawie. Od razu zareagowaliśmy wobec postanowienia TSUE. W momencie, gdy decyzja została ogłoszona, przystąpiliśmy do działań dwutorowo. Po pierwsze, natychmiast zwróciliśmy się do strony czeskiej o podjęcie rozmów. Z naszej strony uczestniczyła w nich delegacja pod przewodnictwem wiceministra aktywów państwowych Artura Sobonia, która pojechała na rozmowy do Liberca w Czechach. Zakończyły się one uzgodnieniami, które przewidują podjęcie dalej idących działań, niż prowadzone dotąd przez PGE. Ustalono, że powstanie polsko-czeski fundusz dla sfinansowania inwestycji zmniejszających uciążliwości funkcjonowania naszej kopalni dla strony czeskiej. Poza tym uzgodniono, że po spełnieniu innych warunków stawianych nam przez Czechy, kraj ten wycofa swoją skargę z TSUE. W tym samym czasie w Brukseli premier Mateusz Morawiecki prowadził rozmowy z czeskim odpowiednikiem, czyli premierem Andrejem Babišem. Mimo niejednoznacznych komunikatów ze strony czeskiej, te rozmowy dają nadzieję, że uda się ten spór załatwić polubownie. Chociaż faktycznie takiej pewności nie ma. Czekamy na polsko-czeski projekt umowy konsumujący uzgodnienia z Liberca.
 
Czyli że będzie jeszcze dodatkowa umowa polsko-czeska?

Jesteśmy w trakcie jej uzgodnień. Oceniam, że znajdujemy się na etapie dobrego dialogu ze stroną czeską. I mam nadzieję, że problem rozwiążemy na zasadach satysfakcjonujących obie strony. Jednocześnie Ministerstwo Klimatu i Środowiska przygotowuje wniosek o uchylenie postanowienia TSUE, pokazując wszystkie argumenty, które przemawiają na naszą korzyść. Ponadto został powołany pełnomocnik naszego rządu, który zajmuje się tą kwestią.
 
Czy ze strony czeskiej dochodzą sygnały, że podziela argumenty Polski, dąży do polubownego załatwienia sprawy i wycofania swojego wniosku z TSUE?

Efekt rozmów w Libercu świadczy o tym, że Czesi są gotowi do porozumienia. Obecnie jednak trwa tam kampania przed wrześniowymi wyborami. Głównym konkurentem, z największym poparciem sondażowym, wobec obecnie rządzącej partii premiera Babiša (ANO) jest Partia Piratów – o bardzo mocno proekologicznym zabarwieniu. Babiš znajduje się więc w bardzo trudnym położeniu. Musi bowiem pokazać, że jest jeszcze bardziej proekologiczny niż jego główni konkurenci. To na pewno nie ułatwia nam sfinalizowania sprawy całkowicie po naszej myśli. Tym bardziej że w Czechach specjalną zbiórkę podpisów w internecie pod apelem, by premier Babiš nie wycofywał z TSUE skargi na Polskę, zorganizował tamtejszy Greenpeace.
 
Co zatem się stanie, gdyby nie udało się zawrzeć porozumienia z Czechami, które skutkowałoby wycofaniem przez nich wniosku do TSUE?

Będziemy występować do TSUE z wnioskiem o uchylenie postanowienia o wstrzymaniu działalności Turowa. Nie zakładamy złej woli Trybunału. Mamy bardzo mocne argumenty wskazujące na to, że polska strona dopełniła wszelkich formalności, niezbędnych przy wydaniu koncesji na przedłużenie działalności Turowa. Ponadto jesteśmy też w stanie wykazać, że nawet gdyby założyć czasowe zamknięcie kopalni, spowodowałoby to nieodwracalne szkody i skutki odwrotne do tych, które zakłada TSUE. Przypomnę, że w prawie polskim obowiązuje zasada, iż zabezpieczenie nie może powodować nieodwracalnych skutków. W związku z tym, by utrzymać zdolności tej kopalni do powrotu do wydobycia, musielibyśmy nadal pompować wodę. To oznacza, że efekt, jaki planował TSUE, nie zostanie osiągnięty, mimo zaprzestania wydobycia. Chcemy zatem pokazać, że ten środek i tak nie odpowiada na oczekiwanie ze strony TSUE i Czech i nie powinien być zastosowany. Mamy bardzo dużo merytorycznych i rzeczowych argumentów. Nie zakładam, że nie zostaną wzięte pod uwagę.
 
Czy liczyliśmy ewentualny koszt sankcji, które TSUE mogłoby nałożyć na Polskę?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Należałoby je raczej zadać Ministerstwu Klimatu czy MSZ. Nie dopuszczam w ogóle takiej możliwości, byśmy tę kopalnię zamknęli. Skutki takiej decyzji byłyby nie do przyjęcia dla Polski. Po pierwsze, mówimy o produkcji energii elektrycznej w wymiarze do 7–8 proc. całkowitego zapotrzebowania na prąd w naszym kraju. Ponadto zabrakłoby źródła ciepła dla mieszkańców Bogatyni i okolic, którego nie da się przecież sprowadzać z innego źródła. Spowodowałoby to także katastrofalne skutki społeczne. Kompleks kopalni i elektrowni Turów to największy pracodawca w tamtym rejonie – po ich wyłączeniu około 80 tys. osób (łącznie z rodzinami) zatrudnionych tam bezpośrednio w obu zakładach oraz firmach z nimi związanych, zostałoby bez środków do życia. Ponadto kopalnia i elektrownia realizują umowy zawarte z ich kooperantami na łączną kwotę blisko 5 mld zł. Ich zerwanie spowodowałoby więc bankructwo firm współpracujących z kompleksem Turów. To byłaby katastrofa społeczno-gospodarcza dla tej części Dolnego Śląska. Żaden odpowiedzialny rząd nie może podjąć decyzji o zaprzestaniu produkcji w Turowie. I nasz rząd również takiej decyzji nie podejmie. Tym bardziej że w stosunkowo bliskiej odległości od Turowa działa łącznie 9 dużo większych kopalni węgla brunatnego w Czechach i w Niemczech – wobec nich nie zapadły żadne postanowienia TSUE o konieczności wstrzymania przez nie działalności.
 
Awantura z Czechami stanowi niestety bardzo skuteczne uderzenie w Grupę Wyszehradzką. Nawet najlepsze rozstrzygnięcie, jakiekolwiek by ono było, już szkodzi współpracy jej państw członkowskich. Czy kontekst geopolityczny towarzyszy tej sprawie?

Trudno jest mi wypowiadać się w imieniu strony czeskiej. Bo przecież to nie Polska wywołała ten konflikt. Nie zależy nam na jego podgrzewaniu, lecz na jak najszybszym zakończeniu. Tym bardziej że przecież, jak już mówiliśmy, PGE dotrzymało wszystkich zobowiązań, na które Czesi się zgodzili. Mamy na to odpowiednie zapisy w dokumentach podpisanych przez obie strony. Chcemy się ze stroną czeską dogadać. Również deklarując chęć przekazania dodatkowych środków na wsparcie lokalnych samorządów poprzez stworzenie wspólnego, polsko-czeskiego funduszu. To pokazuje, że naprawdę mamy dobrą wolę i chęć wygaszenia konfliktu, który zaowocował złożeniem przez Czechy skargi do TSUE. Trudno jest mi oceniać intencje strony czeskiej. Na pewno jest tak, że to, co już się stało, nie służy budowaniu wzajemnego zaufania w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Mam nadzieję, że to tylko jakiś przejściowy spór i że powrócimy do dobrych relacji. Liczę, że ta sprawa nie zepsuje trwale relacji polsko-czeskich, które w ramach Grupy są niezwykle ważne.
 
Dlaczego?

To, że w wielu sprawach występuje ona na forum unijnym wspólnie, stanowi istotny głos w sprawach tzw. nowych krajów UE, czyli naszego regionu środkowo-europejskiego. Może się to nie podobać głównym graczom unijnym, tj. Francji czy Niemcom, które przejawiają tendencję, by traktować UE nie jako organizację podmiotów o równych prawach, ale stowarzyszenie grupujące silniejszych (oni) i słabszych (my). Myślę, że aktywność Grupy Wyszehradzkiej, jej jedność w wielu sprawach, może się na zewnątrz nie podobać. Zatem gdybyśmy zapytali, czy w Europie są tacy, którzy chcieliby rozbić jedność Grupy Wyszehradzkiej, to odpowiedź byłaby twierdząca. Bo przecież już w wielu sprawach, choćby unijnej polityki migracyjnej, jedność zadziałała pozytywnie na naszą korzyść, a jednocześnie wbrew oczekiwaniom „starych” członków UE.
 
Proszę odnieść się do wniosków NIK, także w Pana sprawie, dotyczących rzekomo bezprawnego organizowania ubiegłorocznych wyborów prezydenckich w warunkach pandemicznych. Czy gdyby ponownie zdarzyło się tak, że miałby Pan do wyboru współorganizowanie wyborów w podobnie ekstremalnej sytuacji, narażając się na takie kłopoty, bądź odrzucenie tej możliwości, jaka byłaby Pana decyzja?

Polityk, który pełni różne funkcje państwowe, musi czasem podejmować decyzje ryzykowne, niepopularne i takie, które nie tylko narażają go na krytykę, szyderstwo, ale również mogą wiązać się z różnymi konsekwencjami. Także prawnymi. Oczywiście to nie oznacza zgody na łamanie prawa. Doskonale wiemy, ta sprawa również to pokazała, że interpretacje prawa mogą być bardzo różne. Prawo nie jest nauką ścisłą. Pozostawia pole do różnych interpretacji, które mogą być wykorzystywane przeciwko tym, którzy się podejmują takich zadań. Chcę podkreślić, że działaliśmy w nadzwyczajnych okolicznościach. Biegły konstytucyjne terminy, a pandemia wprowadziła szereg ograniczeń.
 
Podjąłby się Pan zatem tego zadania ponownie w podobnych okolicznościach?

Jestem przekonany, że innej drogi nie było. Można, rzecz jasna, dyskutować: czy obowiązująca ustawa dawała premierowi odpowiednią podstawę prawną do wydania decyzji oraz czy ta decyzja była faktycznie prawidłowa. Musimy jednak pamiętać o jednym. Nasi krytycy nieustannie, w sposób zupełnie nieuprawniony, zarzucają nam, że łamiemy Konstytucję. W sytuacji, gdy bardzo wyraźnie stanęliśmy na gruncie Konstytucji, znowu zostaliśmy zaatakowani. Tymczasem w ustawie zasadniczej jest wyraźnie określone, kiedy odbywają się wybory prezydenckie, jak jest wybierany prezydent, ile trwa jego kadencja itd. Na tej podstawie marszałek Sejmu zarządziła wybory prezydenckie. I zarówno Konstytucja, jak i zarządzenie marszałek Sejmu determinowały nasze, jako całego rządu, działania. Przypominam również, że była przecież uchwała rządu akceptująca podejmowane wówczas działania dotyczące organizacji wyborów. Ówczesną nadzwyczajną sytuację epidemiczną, zagrażającą życiu i zdrowiu wielu Polaków, musieliśmy pogodzić z wymogami konstytucyjnymi. Jedynym sposobem, jak się wówczas wydawało, było zarządzenie wyborów mających przebiegać w sposób bezpieczny, czyli korespondencyjnie. Nie byliśmy zresztą w tym pionierami, w tamtym czasie było wiele podobnych sytuacji w innych państwach. Między innymi w podobny korespondencyjny sposób głosowano w niemieckiej Bawarii.
 
Wróćmy do ubiegłorocznych „korespondencyjnych” wyborów prezydenckich.

Decyzje podejmowane przez premiera Morawieckiego zapadały z pełną świadomością, że mogą powstać pewne wątpliwości, choćby w wyniku tego, że dysponował on rozbieżnymi opiniami prawnymi. Istnieje jednak pojęcie odpowiedzialności za państwo, konieczność przestrzegania Konstytucji itd. Nie mogę w tej sytuacji odnosić się poważnie do decyzji NIK, która z jednej strony stawia zarzuty premierowi Morawieckiemu oraz szefowi jego kancelarii min. Michałowi Dworczykowi, i kieruje wniosek do prokuratury, zarzucając, że premier rzekomo wydał niezgodną z prawem decyzję. A z drugiej strony wobec mnie i ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego wysuwa zarzut, że nie wykonaliśmy decyzji premiera. Moim zdaniem, prezes NIK Marian Banaś powinien się na coś zdecydować. Albo decyzja premiera była bezprawna i w związku z tym trudno wobec mnie i ministra Kamińskiego kierować zarzuty, że nie wykonaliśmy tej bezprawnej decyzji, albo decyzja premiera była zgodna z prawem i można dyskutować o powodach, które doprowadziły do tego, że nie została wykonana. To pokazuje absurd sytuacji. Tym bardziej że NIK wystosował wnioski pod adresem szefów Poczty Polskiej i PWPW, którzy wykonali przecież decyzję premiera, opatrzoną rygorem natychmiastowej wykonalności, wobec czego została ona możliwie szybko wykonana. Nie jest przecież rolą kierownictwa Poczty Polskiej czy PWPW ocenianie, czy decyzja premiera powinna być wykonana czy nie. Sam uważam, że wątpliwości prawne w tym przypadku po prostu nie zachodzą.
 
Dlaczego?

Działała wówczas specustawa covidowa, która dawała premierowi szerokie kompetencje, również w zakresie możliwości wydawania decyzji podmiotom gospodarczym. Nie tylko państwowym, jak w tym wypadku, ale również prywatnym – jeśli to było niezbędne do zwalczania epidemii i zapewnienia bezpieczeństwa zdrowotnego społeczeństwu. A przecież właśnie temu celowi służyło organizowanie wyborów w sposób korespondencyjny. Dla mnie ta sprawa jest więc oczywista. Wnioski NIK oceniam jako stanowiące element pewnej politycznej rozgrywki NIK z obecnymi władzami. Będąc dziś w analogicznej sytuacji, zachowywałbym się dokładnie tak samo.
 
COVID okazał się także sprawdzianem dla funkcjonowania polskiego prawa. Mamy wrażenie, że polskie prawo nie było w ogóle, lub co najmniej niewystarczająco dobrze dostosowane do tak nadzwyczajnej sytuacji jak pandemia koronawirusa. Okazało się, że trzeba było – w imię wyższych racji, na przykład zapewnienia bezpieczeństwa zdrowotnego naszemu społeczeństwu – ponosić pewne ryzyko. A dziś okazuje się, że ci, którzy je ponosili, bywają z tego powodu obiektem zarzutów prokuratorskich. Tak czy inaczej, w nadzwyczajnych okolicznościach trzeba wkraczać w funkcjonowanie różnych instytucji i spółek, żeby chronić życie ludzi. Tymczasem dochodzi do ewidentnych sprzeczności w ustawach epidemicznych wobec obowiązujących w zwyczajnej sytuacji. Naszym zdaniem teraz jest czas na przejrzenie całego prawa. Bo przecież taka sytuacja jak ubiegłoroczny wybuch pandemii może się prędzej czy później powtórzyć. Musimy być na to przygotowani.

Absolutnie zgoda co do tego, że od strony prawnej nie byliśmy do tego, co się stało na wiosnę ub. roku, wystarczająco przygotowani. Nie był to zresztą tylko polski problem, bo podobnie było w innych krajach. Na początku, gdy wybuchła epidemia, nie tylko my, ale i inne kraje, nie byliśmy do niej przygotowani, również od strony logistycznej. Trzeba było natychmiast pozyskać odpowiednio dużą liczbę maseczek, przyłbic, kombinezonów, respiratorów itd. Jedyne, z czym byliśmy sobie w stanie poradzić w pierwszym okresie, to dostawy płynu dezynfekcyjnego. Resztę niezbędnych akcesoriów trzeba było sprowadzać. Po świecie krążyli przedstawiciele różnych krajów, z walizkami pieniędzy. Każdy niezbędny towar wykupywany był na pniu. W tych warunkach także my, jako państwo, musieliśmy dokonywać podobnych zakupów. Stosując ustawę o zamówieniach publicznych z jej rozmaitymi wymogami, nie dało się być skutecznym. Na szczęście naszym poprzednikom przez ćwierć wieku nie udało się sprzedać wszystkich firm państwowych. Wobec tego dysponowaliśmy jako państwo odpowiednim narzędziem w postaci spółek Skarbu Państwa, które podjęły się zakupu akcesoriów niezbędnych w warunkach epidemicznych. Oczywiście potem okazało się, że nie udało się przy tym uniknąć błędów. Pod adresem spółek Skarbu Państwa i ich szefów pojawiły się rozmaite zarzuty, ataki medialne i polityczne ze strony środowisk niechętnych obecnym władzom. Świadczy to o nieodpowiedzialności polityków i mediów opozycyjnych. Bo należałoby im postawić pytanie: co powinniśmy w tamtej sytuacji robić? Nie dokonywać tych zakupów?
 
Mówimy o konieczności przejrzenia prawa, bowiem obowiązujące ustawy powinny mieć skutek nie tylko praktyczny, ale i wychowawczy – nakazywania w nadzwyczajnych sytuacjach, jak choćby w związku z pandemią, określonych działań w nadrzędnym celu ochrony życia społeczeństwa, a nie na przykład dbałości o interes finansowy spółek dokonujących zakupów niezbędnych akcesoriów, pomagających w walce z pandemią.

Faktycznie, gdyby doszło do powtórki z ubiegłorocznej wiosny, może być trudno osiągnąć efekt natychmiastowego skoncentrowania działań. Choćby dlatego, że po doświadczeniach ostatniego roku może się okazać, że nie będzie chętnych do podejmowania decyzji odpowiednich do nadzwyczajnej sytuacji. Wynika to z obawy przed pociągnięciem do odpowiedzialności. Takiego scenariusza musimy za wszelką cenę uniknąć. Nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych działań. Na szczęście w wielu obszarach prawo już się zmieniło. Dokonywaliśmy jego zmian na gorąco. Ale faktycznie takiego całościowego przeglądu prawa powinno się dokonać – póki jest na to czas. Prawo powinno być elastyczne i dawać możliwość odpowiednich reakcji w niezwykle kryzysowych sytuacjach.

     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze