Trotylowa afera rządu Tuska

W poszukiwaniu „dywersantów ideologicznych”

Dlatego warto wskazać, jaki aspekt sprawy smoleńskiej miała omawiać Rada. Komorowski ujawnił zamiary w Polskim Radiu: „Trzeba się zwrócić do specjalistów w zakresie swoistej dywersji ideologicznej, która przecież na świecie istnieje i bywa używana, była stosowana w przeszłości, (...) ale być może jest stosowana także i współcześnie (…). Jeżeli okaże się, że jest jakaś materia wiedzy na ten temat, że w Polsce, to nie z polskiego szaleństwa, tylko z obcego podpuszczenia dzieją się rzeczy tak straszne, jak oskarżenia państwa polskiego o zbrodnie na własnym prezydencie, jak zarzuty zabójstwa, manipulowania i deprecjonowanie ogólne autorytetu państwa polskiego w oczach obywateli polskich, to po prostu – warto wiedzieć, czy jest to polskie szaleństwo, czy też cudza inspiracja”.

Prezydent zwrócił się także do ministra Jacka Cichockiego o „zbadanie, czy istnieje jakakolwiek wiedza w tym zakresie”.

Komorowskiego nie zainteresował fakt odkrycia cząstek materiałów wybuchowych na wraku samolotu, ale raczej udowodnienie tzw. dywersji ideologicznej. Czyli pojęcia rodem z PRL, bo przypomnijmy, że „dywersją ideologiczną” zajmowały się komunistyczne służby specjalne, np. cywilny wydział XI Departamentu I MSW oraz wojskowy oddział III WSW.

Takie określenie tematu obrad RBN jest o tyle bulwersujące, że prawdziwość tez artykułu dziennikarza „Rzeczpospolitej” potwierdził de facto sam prokurator generalny Andrzej Seremet. Przyznał, że doszło do przecieku: „To prawda, że o sprawie informowałem premiera (…). Na pewno miał miejsce przeciek, nie mówię, że z kancelarii premiera, ale gdzieś przeciek nastąpił. Nie umiałbym odpowiedzieć na pytanie, gdzie”.

W wypowiedziach publicznych Seremet próbował niwelować odkrycie polskich biegłych, ale równocześnie wskazywał, że „badania wraku wykazały istnienie cząsteczek, których charakterystyka jest podobna do cząsteczek materiałów...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: