Żegnaj, Przemku – mam nadzieję, do zobaczenia

Umiał sprostać temu, co śpiewał

Teraz, gdy Przemek nie żyje – a mnie jest bliżej do pięćdziesiątki niż do czterdziestki – mogę się przyznać, że głównym powodem, dla którego przez prawie całe życie nosiłem brodę, było to, że Przemek ją nosił, a jeżdżenie przez wiele lat fiatem 126p znosiłem dzielnie dlatego, że Przemek też jeździł maluchem… On miał wtedy taką puchową kurtkę, czerwoną z zewnątrz, a żółtą w środku. Do dziś tęsknię za taką kurtką. Trochę to sentymentalne, ale tak właśnie było.

Teraz mogę już też wyznać, dlaczego denerwuje mnie, gdy mówi się o mnie „bard”. Kiedyś uznałem, że prawo do takiego tytułu ma właśnie Przemek Gintrowski, a więc mnie jakoś nie wypada używać tego miana. A tytuł „bard” przyznałem mu w duszy za to, że tak bardzo trudno było oddzielić go od jego dzieła i twórczości. Śpiewał o dobru, prawdzie i wolności i na dodatek umiał sprostać temu, co śpiewał. Był bezkompromisowy w swoich sądach i miał odwagę prezentować tę niełatwą postawę w codziennym życiu. Czarne to czarne – białe to białe. Wielokrotnie znajdowałem podpis Przemka pod petycjami lub listami, które sam podpisywałem, lub takimi, które chciałbym podpisać. Nie unikał jednoznacznych postaw. Gdy zapytałem go np., czy weźmie udział w organizowanym ad hoc koncercie na rzecz skazanej z art. 212 kk na wysoką grzywnę dziennikarki Doroty Kani za opublikowanie informacji zawartej w aktach IPN, zgodził się natychmiast, a przecież w III RP mogło to grozić ostracyzmem salonu i wykluczeniem z rynku… Przemek Gintrowski był pięknym człowiekiem, jednym z tych, którzy zdobią świat.

To była magiczna piosenka

Przemek osiągnął w życiu wiele, a spojrzenie na niego i jego życie wielokrotnie odbudowywało we mnie nadzieję i dawało mi siłę. Wiele razy, gdy dopadała mnie chandra, kiedy górę brało we mnie poczucie beznadziei, gdy uważałem, że dla myślących i zachowujących się jak ja nie ma miejsca w dzisiejszym świecie,...
[pozostało do przeczytania 64% tekstu]
Dostęp do artykułów: