Historia wraca farsą, czyli jak rozbiory uzasadniano prześladowaniem mniejszości

Felieton [Widziane z Brukseli]

Zdaje się, że po koalicyjnych burzach wychodzi słońce jedności. Emocje opadają. Czyżby? Jestem w polityce ogólnopolskiej od bez mała lat trzydziestu i wiem, że często to, co jest odbierane jako emocjonalne wystąpienie, jest spektaklem starannie wyreżyserowanym. Po co? Żeby na przykład zwiększyć presję, wywrzeć nacisk, stworzyć atmosferę, w której oponenci – albo koalicjanci! – będą musieli grać według naszej partytury, z naszych nut i naszą śpiewkę. To skądinąd duża umiejętność w polityce. Mam wrażenie, że i teraz tak było. Bo polityka to trochę teatr, choć na pewno nie tylko teatr i nie głównie teatr. Dlatego zresztą Ronald Reagan odnosił w niej takie sukcesy. W amerykańskiej, bardzo już telewizyjnej polityce końca lat 70. i dekady lat 80. aktor był, jak znalazł. Reagan, 40.prezydent w dziejach USA, zresztą nie był typem pracusia, który przychodził do Białego Domu o świcie, a wychodził nocą. Przeciwnie. Był tyle, ile uważał, że musi, po czym znikał. Wiedział, że – skądinąd
     
31%
pozostało do przeczytania: 69%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze