Fame MMA, czyli promocja patologii

Opinie [Dziwak bije celebrytę, a patostreamerka influencerkę]

„Linkimaster”, „Martirenti”, „Tribori”, „Ferrari”, „Hejter” – czy te pseudonimy coś Państwu mówią? Jeśli nie, to macie Państwo szczęście. Gwiazdy FAME MMA, bo o nich mowa, niemal wyskakują z każdego zakątka sieci. Próbują szczęścia w oktagonie, zarabiając dziesiątki tysięcy złotych na prymitywnej przemocy, która ma przypominać prawdziwy sport. Wystarczy zdobyć sławę na Instagramie lub w tępym reality show, a klatka staje przed nimi otworem. Wyzwiska, groźne miny, „dissowanie” przeciwnika i zagrzewanie nastoletniej zazwyczaj publiki do wsparcia pod hasztagiem „team X” – to rutyna przed każdą galą walk FAME MMA. Dosłownie tłumacząc, są to pojedynki celebrytów, „freaków”, które w założeniu mają przypominać renomowane imprezy mieszanych sztuk walki – MMA. Tyle że poza sztucznym rozgłosem w sieci, systemem pay-per-view, ważeniem i konferencjami uczestników trudno odnaleźć punkty wspólne. Sportowców można policzyć na palcach jednej ręki. Podczas ostatniej gali FAME MMA z 5
     
12%
pozostało do przeczytania: 88%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze