Z głębi szuflady

Mój równolatek Stephen King nie zwalnia rytmu pracy. Tym razem jednak, robiąc sobie przerwę w powieściach, częstuje nas czterema ponadwymiarowymi nowelami, będącymi bądź dawniej niewykorzystanymi konceptami, bądź rozwinięciem wątku z wcześniejszego dzieła.

Tak jest w przypadku tytułowego opowiadania „Jest krew, są czołówki”, która wykorzystuje postać Holly Gibney z trylogii o panu Mercedesie, walczącej z przypadkami monstrów, co jakiś czas pojawiających się w ludzkiej skórze. 

Historia „Telefon pana Harrigana”, jak często u Kinga, osadza się na relacjach dzieciaka i starego milionera, chociaż w pewnym momencie zaczyna przypominać skecz Zenka Laskowika o facecie pogrzebanym żywcem, próbującym porozumieć się ze światem przez pozostawioną w grobie komórkę.

A „Życie Chucka”? Ileż to pokoleń mózgowców, poczynając od greckich filozofów, nie zastanawiało się, czy przypadkiem cały otaczający nas świat nie jest wyłącznie projekcją naszego mózgu. King idzie dalej, rozważając sytuację z punktu widzenia mieszkańca tego świata, który może obserwować jego zagładę w momencie, gdy ten, który go wymyślił – umiera. Nie chwaląc się, 40 lat temu napisałem coś podobnego. 

Wreszcie „Szczur” to urokliwa miniatura, w której owemu gryzoniowi przychodzi odegrać rolę złotej rybki wobec pisarza na odludziu, próbującego walczyć z niemocą twórczą. Dla mnie najciekawsze jest posłowie autora – zdradzające kulisy warsztatu i mechanizmy rodzenia się pomysłów.


Stephen King
„Jest krew…”
Prószyński i Ska, Warszawa 2020
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: