Chamstwo i spryt. Liberalna inteligencja kontratakuje

Lewicowo-liberalna inteligencja niemal do perfekcji opanowała taktykę szlachetnego demokraty krzywdzonego przez despotyczny reżim. Po co jej to ułatwiać?
 
Jeszcze kilka tygodni temu ludzie związani z opozycją straszyli polityków i elektorat rządzącej partii rozwiązaniami siłowymi. Grożono wieszaniem i fizycznym unicestwieniem. Swoje dołożył w paskudnym stylu również Radosław Sikorski, pisząc na Twitterze do Krystyny Pawłowicz: „Zamknij się, wariatko”. To wszystko przestaje już dziwić – stało się obyczajem elit III RP. Brutalizacja języka liberalnego mainstreamu i jego opiniotwórczych kręgów jest czymś dobrze widzianym przez elektorat anty-PiS-u.
 
Wyższa kultura i niski hejt
Czasem można odnieść wrażenie, że im gorętsze w tych środowiskach deklaracje uczestnictwa w wysokiej kulturze, tym łatwiej akceptują one knajacki sposób odnoszenia się do swoich adwersarzy. „Im kultura nie zabrania w internecie hejtowania” – tak można sparafrazować słynną piosenkę warszawskiej ulicy z czasów niemieckiej okupacji z lat wojennych. Czytają książki, chodzą do teatru, nie pogardzą wizytą w filharmonii – ale wobec swoich przeciwników zachowują się tak, jakby dopiero co wypełźli z melin.
Wyższą kulturę mają dla swoich. Dla wszystkich, których kojarzą z obecną władzą nawet prawem dalekich skojarzeń, mają werbalną przemoc i ordynarne obelgi. Choćby Rafał Trzaskowski chętnie chwali się przed szeroką publiką swoim doskonałym wykształceniem. Ale nie przeszkadza mu to trzymać na podorędziu ludzi tworzących hejterski profil społecznościowy SokZBuraka.
Raz po raz jakiś lewicowy lub liberalny socjolog „odkrywczo” zauważy, że poziom nienawiści i uprzedzeń tzw. zdeklarowanego lewo-liberała do przeciwników jest wyższy niż przeciętnego prawicowca wobec własnych adwersarzy. Przez kilka godzin lub dni żyją tym lewicowo-liberalne internety, traktując rzecz trochę jak okazję do wewnętrznych środowiskowych porachunków, trochę...
[pozostało do przeczytania 64% tekstu]
Dostęp do artykułów: