Najważniejsze to pokazać film ludziom...

Nawet dziś nie dla wszystkich Żołnierze Wyklęci stanowią wzór najwierniejszych z wiernych, po prostu ludzi honoru. Tymi prawymi są natomiast ludzie pokroju np. Kiszczaka czy Jaruzelskiego. Czy ten fakt obecnego pomieszania znaczeń, bałaganu moralnego miał wpływ na decyzję o realizacji „Roja”? By przypomnieć Polakom, kto naprawdę zasłużył na taką zaszczytną ocenę?

Już dawno zrozumiałem, że jest w nas jakaś wyrwa cywilizacyjna, dziura w pamięci. Niektórzy mówią, że ci żołnierze są wyklęci, bo wyrzekła się ich nasza pamięć. Nasza współczesna tożsamość bez świadomości o tamtych ludziach jest szczątkowa, niepełna. A jeżeli nie mamy pełnej tożsamości, nie mamy bytu, w każdym razie jest on zagrożony. Musimy wracać do korzeni, do historii, żeby zrozumieć wszystkie te znaczenia.

Na przykład niedawno panowie Władysław Bartoszewski i Michał Komar wydali książkę pt. „Pod prąd”, w której pan Bartoszewski – wspominając jakieś wypadki z lat 40. i 50. – został nazwany „człowiekiem honoru”. Pod wpływem tej pozycji TVN, czy może nawet telewizja publiczna, zainicjowały akcję „Pod prąd”, gdzie wypowiadali się tacy ludzie jak Tomasz Raczek, dziennikarz Figurski, Jerzy Owsiak, którzy dziś, podobno, są ludźmi „pod prąd”. O tyle mnie to zabolało, że kiedyś robiłem serię „Pod prąd” i bohaterowie, których przedstawiałem, byli naprawdę „pod prąd” – złu, władzy. Oto kolejne pojęcie zostało bezprawnie zawłaszczone…

Jak pozyskał Pan środki na realizację tego „niekonwencjonalnego” filmu?

To prawdziwy „cud nad Wisłą”. A wziął się z krótkotrwałego zaistnienia IV Rzeczpospolitej. W pewnym momencie można było więcej zrobić. Namawiałem do realizacji tego projektu prezesa Andrzeja Urbańskiego. Ale w TVP zmieniły się władze, na czele instytucji stanął Piotr Farfał. Udało mi się przekonać go do pomysłu. Potem do władz telewizji wrócili koledzy z PiS, dofinansowali mój film i tak powstała część podstawowa. Pan prezes...
[pozostało do przeczytania 59% tekstu]
Dostęp do artykułów: