Oscar, Oscar i po Oscarach

Noc wielu niespodzianek

Kiedy dziś ogląda się ceremonię wręczania Oscarów – 35-metrowy czerwony dywan, paradną salę widowiskową Kodak Theatre w Hollywood, kreacje wypożyczone na tę noc od światowej sławy designerów – nietrudno zapomnieć, jak skromna była pierwsza edycja nagrody: cztery kategorie, 5 dolarów za bilet, czas trwania – 15 minut. W tej chwili nagrody przyznaje się w 24 kategoriach, a cała impreza ciągnie się godzinami, przedłużana jeszcze podziękowaniami laureatów „dla cierpliwych rodziców, zawsze wierzącej we mnie babci, mojej pięknej żony i najwspanialszych dzieci świata”. Hollywood znane jest ze swoich lewicowych skłonności, ze słabości do politycznej poprawności, i bywają sezony, kiedy ta tendencja jest niezwykle widoczna. Ale w tym roku – co za niespodzianka! – zwyciężyła sztuka i zdrowy rozsądek. W najważniejszych kategoriach nagrody otrzymały obrazy najlepsze warsztatowo, wartościowe, z uniwersalnym przesłaniem. Żadnych ukłonów w stronę modnych twórców (bracia Cohenowie), środowiskowych idoli (Jeff Bridges) czy politycznej poprawności (Anette Bening). Jedyną koncesją na rzecz tego ostatniego był Oscar za całokształt twórczości dla Jean-Luc Godarda, do dziś lewackiego anarchisty. Choć wolę myśleć, że statuetka była za kilka jego pierwszych obrazów, jak „Szalony Piotruś”, które zmieniły oblicze francuskiego kina.

Wielcy wygrani

Są Oscary „lepsze” i „gorsze”, „główne” i „poboczne”. Zdecydowanym laureatem czterech „lepszych”, a więc dla wiodącego aktora, scenarzysty, reżysera i za najlepszy film, została produkcja brytyjska „Jak zostać królem” Toma Hoopera. Dla Colina Firtha noc Oscarów była prawdziwą nocą triumfu. I zasłużenie. Firth znany dotąd z ról amantów – „Duma i uprzedzenie” czy „Dziennik Bridget Jones” – zagrał rolę króla Jerzego VI z taktem (ważne, kiedy Wielką Brytanią wciąż rządzi jego córka Elżbieta II), a zarazem brawurowo. Właśnie skończył 50 lat i kilka zmarszczek...
[pozostało do przeczytania 67% tekstu]
Dostęp do artykułów: