Sojusz ze strachu

Ponad 20 lat temu podczas wspólnej pracy nad filmem dokumentalnym o sojuszu Piłsudski–Petlura („Trudne braterstwo”, TVP 1998), zaprzyjaźniłem się ze współscenarzystą – młodym podówczas, ukraińskim historykiem, dziś profesorem Uniwersytetu Lwowskiego Bohdanem Hudziem. Rok temu z radością wyglądaliśmy zbliżającej się setnej rocznicy Wyprawy Kijowskiej, zwieńczonej wyparciem z Kijowa bolszewików przez Wojsko Polskie i oddziały Atamana Petlury. Szykowały się wspólne, polsko-ukraińskie uroczystości, defilady w Warszawie i Kijowie, udział prezydentów obu krajów w obchodach okupionego wspólnie przelaną krwią zwycięstwa nad Armią Czerwoną maszerującą na Zachód, by po trupach Ukrainy i Polski zanieść rewolucję w głąb Europy. Dziś w obliczu pandemii wszystko to stało się niestety nieaktualne. Pozostało nam posłużyć się jedynym dostępnym teraz narzędziem – słowem, by przypomnieć owe kwietniowe i majowe dni wspólnej chwały. Oto nasza rozmowa. Z prof. Bohdanem Hudziem rozmawia Jerzy Lubach
 
Powinienem zacząć oficjalnie: panie profesorze, ale nie jest tajemnicą nasza wieloletnia przyjaźń, więc – Bohdanie, czy świadomość Ukraińców i Polaków na temat wojny z bolszewikami w 1920 roku zmieniła się na lepsze przez te dwie dekady od czasu powstania naszego filmu? 
Niestety, nie. Ani nasz film, który był niejednokrotnie pokazywany i w Polsce, i na Ukrainie, ani moje późniejsze prace historyczne zgłębiające przez lata ten temat, nie przebiły się do szerszych kręgów społeczeństw obu naszych krajów. Czytając ostatnie publikacje w polskich i ukraińskich mediach na temat 100. rocznicy sojuszu Piłsudski–Petlura odniosłem wrażenie, że o naszym filmie nie wiedzą nawet ci, którzy ze względu na swój zawód powinni „być w temacie”. Chyba jedynym pozytywnym efektem naszych działań było zdjęcie z Symona Petlury odium „zaprzedanego Lachom reakcjonisty”. Petlura ma dziś na Ukrainie swoje ulice i coraz liczniejsze pomniki, a zapoczątkowane w naszym...
[pozostało do przeczytania 83% tekstu]
Dostęp do artykułów: