Nowy, normalny świat

Przez ostatnie tygodnie odmieniamy przez wszystkie przypadki słowa: „pandemia” i „epidemia”. Mówi się o „spłaszczaniu krzywej” i „dystansie społecznym”. Jednak coraz częściej słychać o „nowej rzeczywistości” i „nowej normalności”, które rzekomo mają nastąpić po ustąpieniu zabójczego koronawirusa. Skąd przeświadczenie, że to, co po nim nastąpi, będzie tak różne od znanych nam realiów, że zasługuje na określanie dodatkowym przymiotnikiem?

Część Czytelników „Gazety Polskiej” zapewne pamięta nowomowę w stylu „demokracja ludowa” czy „praworządność socjalistyczna”. Te nieszczęsne dookreślenia w czasach komunizmu miały w założeniu dodawać powagi i uwznioślać podstawowe pojęcia. Tak jakby nie mogło po prostu być „demokracji” i „praworządności”. Prowadziło to do słusznej konstatacji, że jeśli taka na przykład demokracja jest okraszana przymiotnikiem, to zapewne nie jest to żadna demokracja, lecz jej przeciwieństwo. Rzeczywistość bezlitośnie to potwierdzała.
Komunizm podobno się skończył, a jednak nie brakuje takich, którzy nie mogą pozbyć się nieznośnej maniery ulepszania rzeczywistości. Dzieje się tak, począwszy od warstwy narracyjnej i oczywiście przekłada się na życie, bo jak zawsze znajdują się specjaliści od wprowadzania słów w czyny. Zazwyczaj ze szkodą dla otoczenia.

Idzie nowe?
Słowa o nadchodzącej „nowej rzeczywistości” czy wręcz „nowej normalności” słyszymy w zasadzie z każdej strony. Trochę to zastanawiające, bo nie wydaje się, by groźny, ale już wyglądający na sprawę do opanowania, koronawirus stawiał przed nami wyzwania godne dziejowego przełomu. A takowy jest zapowiadany, choć bez konkretów.
Bo czy przejściowe utrudnienia, które przechodzimy, a których kres jest daleko, ale jednak widoczny, powinny zmuszać nas do wniosków innych niż ten, że trzeba zreformować służbę zdrowia, by była lepiej przygotowana na podobny scenariusz? Czy poza przydatnym nawykiem mycia rąk, niekasłania na...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: