Koronawirus i Smoleńsk

Chyba ciężko o mocniejszy obraz. Zmęczona twarz ministra Szumowskiego, ciągle na posterunku, zaangażowanie najważniejszych przedstawicieli władzy, sztaby kryzysowe pracujące 24 godziny na dobę. A obok jakiś ponury świat równoległy. Durne miny Nitrasa i Szczerby, ciągłe fejki, zero odpowiedzialności, coraz głupsze wypowiedzi Kidawy-Błońskiej i jej ludzi. Czasy kryzysu mają to do siebie, że ujawniają, kto jest kim naprawdę. Tak jest dziś. Tak też było po 10 kwietnia 2010 roku.

Każdy kolejny dzień przynosi nie tylko wzrost liczby zarażonych koronawirusem, lecz także wprost proporcjonalną liczbę fake newsów i ataków ze strony najważniejszych polityków Platformy na rząd. Wszyscy, którzy mieli nadzieję, że pogorszenie sytuacji otrzeźwi jakoś tę formację, okazali się być w błędzie. Platforma jest po prostu niezdolna do myślenia o państwie jako całości. Jedynym punktem odniesienia dla niej są partia i jej interes.

Między partią a państwem
Nowoczesne, europejskie demokracje zawsze były rozpięte między tym, co państwowe a tym, co partyjne. Z jednej strony o zdrowiu demokracji świadczy dynamika walki między partiami. Zarówno konflikt, jak i partykularyzm są w obrębie tych bytów politycznych konieczne, bo ich głównym zadaniem jest właściwa reprezentacja możliwie najszerszego spektrum społeczeństwa. Pluralizm partyjny jest właściwie fundamentem demokracji, umożliwiając współuczestniczenie jak najszerszej grupy obywateli (o różnych poglądach) we władzy oraz zmianę w razie rozczarowania działaniami danej organizacji politycznej. Jednocześnie wspomniany konflikt musi być związany ze świadomością każdego z jego uczestników, że istnieją oni w obrębie określonej całości, państwa. Że to ono umożliwia im działanie i są zobowiązani w związku z tym być wobec niego lojalni. Niezależnie więc od intensywności sporu politycznego każdy ma obowiązek współdziałać w momencie kryzysowym, gdy zagrożona jest całość państwa. Oczywiście...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: