Europarlament w cieniu wirusa

Zdaje się, że jest kilku gości, którzy bardzo żałują, że to nie oni byli pacjentem zero w Polsce, gdy chodzi o koronawirusa...

Najwięcej importujemy z Niemiec, ale ten import wirusa dokonany z RFN przez kogoś z Lubuskiego był fatalny. Polska opierała się długo. Przed nami wypadki zarażenia koronawirusem zanotowano w przeszło 20 krajach UE, ale przyszła kryska na Matyska. Oczywiście bój trwa. Chodzi o to, żeby nosicieli tegoż wirusa nie było, jak w Italii, na pęczki.
Jako historykowi przypomina mi się mapa Europy z XIV wieku, obrazująca zasięg epidemii dżumy na Starym Kontynencie. Wielka zielona plama oznaczająca, że dżumy tam nie było, to całe terytorium Królestwa Polski. Wolny od wirusa był też kawałek Czech, wschodnich Niemiec i kawałek Królestwa Hiszpanii. Można to tłumaczyć opieką Matki Boskiej, można faktem, że nasze ówczesne państwo było mniej zurbanizowane niż kraje Zachodu – stąd powodów do pandemii było mniej. Ale jednak fakt, że udało się jej uniknąć, zakrawa na cud. Po blisko siedmiu wiekach Rzeczpospolita wychodzi z tej nowej, globalnej epidemii na razie obronną ręką. Niech rząd i służby medyczne oraz sanitarno-epidemiologiczne robią swoje, a my możemy to wesprzeć poprzez tradycyjne „od (morowego) powietrza (…) – wybaw nas Panie”...
Kreślę te słowa z Brukseli – zgodnie z tytułem rubryki. W nieformalnej stolicy UE pełna gotowość bojowa w kontekście wojny z koronawirusem. Przedwczoraj nagle odwołano wszystkie „eventy”, konferencje, seminaria, wystawy organizowane w Parlamencie Europejskim, zlikwidowano też wizyty wycieczek sponsorowanych przez europarlament z udziałem mieszkańców okręgów wyborczych poszczególnych europosłów. Goście z zewnątrz w praktyce nie mają wstępu do siedziby PE przy Rue Wiertz. Odwołano wszelkie oficjalne i półoficjalne wyjazdy europarlamentarzystów, nawet po sąsiedzku, do innych krajów Unii.
Ale jak to w UE często bywa, a nawet może jest w ostatnich latach regułą – nawet przy okazji...
[pozostało do przeczytania 29% tekstu]
Dostęp do artykułów: